— Powiedziano mi raz, że nie należy wypisywać nazwisk ludzi obcych, biorących udział w danej sprawie, gdyż wymienianie nazwisk pokrzyżowało już wiele dobrych zamierzeń.

— Dobrze cię pouczono — odparł pułkownik, a Kim zarumienił się. — Zostawiłem u księdza na werandzie pudełko z cygarami. Przynieś je dziś wieczorem do mego domu.

— Gdzie ten dom? — ozwał się Kim. Silnie rozwinięta domyślność mówiła mu, że chciano go zażyć z mańki w ten lub inny sposób, przeto miał się na ostrożności.

— Zapytaj kogokolwiek na wielkim placu targowym.

Pułkownik oddalił się.

— On zapomniał pudełko z szyrutami — mówił Kim, powracając — a ja mam mu przynieść je dziś wieczorem. To wszystko, co miałem powiedzieć w liście, jeszcze tylko trzeba dodać trzykrotnie: Przyjedź do mnie! Przyjedź do mnie! Przyjedź do mnie! A teraz zapłacę za list i wrzucę go do skrzynki.

Powstał, by odejść, i jakby od niechcenia zapytał:

— Któż to jest ten sahib o srogiej twarzy, co zgubił pudełko z cygarami?

— O, to tylko chyba sahib Creighton... bardzo głupi sahib, który jest pułkownikiem, a nie ma pułku.

— Czym on się zajmuje?