— Bóg raczy wiedzieć. Wciąż kupuje konie, na których nie umie jeździć, i wypytuje się o różne dzieła boże... takie jak rośliny, kamienie i zwyczaje ludzkie. Handlarze nazywają go ojcem głupców, bo tak łatwo ocyganić go na koniach. Mahbub Ali mówi, że jest to największy bzik ze wszystkich sahibów.
— Aha! — rzekł Kim i oddalił się. Dotychczasowe przejścia wyrobiły w nim już pewne pojęcie o charakterze ludzkim i miał przekonanie, że głupcom nie dawano by informacji, które powołują do broni osiem tysięcy ludzi, nie licząc armat. Naczelny wódz całych Indii nie rozmawia z głupcami w ten sposób, jak to słyszał Kim na własne uszy. Gdyby pułkownik był głupcem, to i głos Mahbuba Alego nie zmieniałby się za każdym razem, gdy wzmiankował jego nazwisko. Stąd wniosek (i to pobudzało Kima do żywej radości), że kryła się tu jakaś tajemnica, zaś Mahbub Ali zapewne szpiegował na rzecz pułkownika, jak Kim na rzecz Mahbuba. A jak koniarz, tak i pułkownik widocznie szanował ludzi, którzy nie wydawali się sami sobie zbyt mądrzy.
Cieszył się, że się nie zdradził, iż zna dom pułkownika; a gdy, powróciwszy do koszar, przekonał się, że nie pozostawiono tu żadnego pudełka z cygarami, rozpromieniał z zachwytu. To ci był człowiek w jego guście: wykrętna i skryta osobistość prowadząca jakąś grę tajemniczą. Jeżeli taki człowiek mógł być głupcem, to równie dobrze mógł być nim i Kim.
Nie dał nic poznać po sobie, gdy ojciec Wiktor przez trzy dłużące się poranki wykładał mu o zgoła nowym zastępie bogów i bożków — zwłaszcza o Bogini, zwanej Marią, która, jak się Kim domyślał, była jednoznaczna z Bibi Miriam w teologicznych pojęciach Mahbuba Alego. Nie okazywał najmniejszego wzruszenia, gdy po nauce ojciec Wiktor ciągnął go od sklepu do sklepu, kupując różne szczegóły wyprawy, ani też nie skarżył się, gdy zazdrośni dobosze kopali go za to, że wybierał się do wyższej szkoły — lecz z ciekawością w duszy oczekiwał gry zdarzeń. Poczciwy ojciec Wiktor odprowadził go na dworzec, wsadził go do pustego przedziału drugiej klasy, tuż obok pierwszej klasy zajmowanej przez pułkownika Creightona, i pożegnał go ze szczerą serdecznością.
— U św. Ksawerego zrobią z ciebie człowieka, O’Haro... człowieka białego i, mam nadzieję, dobrego. Wiedzą tam już wszystko, co potrzeba, o twoim przybyciu, a pułkownik będzie czuwał, ażebyś gdzie nie przepadł ani nie zawieruszył się po drodze. Wyrobiłem w tobie jakie takie pojęcie o rzeczach religii... tak mi się przynajmniej zdaje... więc gdy cię zapytają o religię, będziesz wiedział, że jesteś katolikiem. Lepiej mów, że rzymskim katolikiem, choć nie lubię tego słowa.
Kim zapalił siarczystego papierosa (był na tyle przezorny, że kupił ich cały zapas na targu) i położył się, by rozmyślać. Ta samotna jazda była zgoła odmienna od owej wesołej podróży z lamą w trzeciej klasie.
„Sahibowie nie mają wielkiego upodobania do włóczęgi — rozmyślał. — Hej-hej! Ja to przelatuję z miejsca na miejsce jak piłka. To mój kismet. Nikt nie uchroni się od kismet. Ale mam teraz modlić się do Bibi Miriam i jestem sahibem — spojrzał z żałością na swe buty. — Nie; jestem Kimem. Świat ten jest wielki, a ja jestem tylko Kimem. Któż to jest Kim?”
Zaczął się zastanawiać nad własną jaźnią, co mu się dotąd nigdy nie zdarzało, aż wreszcie zamąciło mu się w głowie. Był jedną tylko, niepozorną osóbką w tym wielkim, huczącym odmęcie Indii i jechał na południe... sam nie wiedział, na jaką dolę...
Potem zawezwał go pułkownik i gawędził z nim czas dłuższy. O ile Kim zdołał wyrozumować, miał być pilny i wstąpić jako geometra do Indyjskiego Instytutu Mierniczego. Jeżeli będzie sprawował się wzorowo i zda wymagane egzaminy, tedy, mając lat siedemnaście, będzie mógł zarabiać trzydzieści rupii miesięcznie, a pułkownik Creighton postara się dla niego o przyzwoite stanowisko.
Kim zrazu udawał, że rozumie zaledwie co trzecie słowo z tej rozmowy. Wówczas pułkownik, widząc omyłkę, jął mówić płynnie i obrazowo narzeczem urdyjskim, co przemówiło do przekonania Kimowi. Nie mógł być durniem człowiek, który tak biegle władał tą mową, człowiek, który poruszał się z taką wytwornością i spokojem, i którego oczy tak się różniły od głupawych, wybałuszonych oczu innych sahibów.