— Oho! To jest nie budzące podejrzeń ubranie, jakie winien nosić chela w służbie u lamaistycznego lamy. Najdokładniejsze we wszystkich szczegółach! — rzekł Hurree Babu, wytaczając się na balkon, by wypłukać sobie zęby nad miską. — Jestem zdania, że twój stary jegomość nie wyznaje akurat tej religii, lecz jedną z jej odmian. Uwagi na ten temat posłałem do Kwartalnika Azjatyckiego, ale je odrzucono. Otóż rzecz dziwna, że sam stary jegomość jest całkowicie pozbawiony religijności. Nie ma w nim nic osobliwego.

— Czy go pan zna?

Hurree Babu podniósł rękę na znak, że jest zajęty przepisowymi obrządkami, które towarzyszą czyszczeniu zębów i innym tego rodzaju czynnościom u szlachetnie urodzonych Bengalczyków. Potem zmówił po angielsku teistyczną modlitwę Aria-Samadżu156 i zapchał sobie usta betelem i pan.

— Oo, tak! Kilka razy nagabywałem go w Benares, a także i w Buddh Gaya o różne kwestie religijne i o kult szatanów. Jest to istny niedowiarek... coś jak ja.

Huneefa ruszyła się we śnie. Hurree Babu poskoczył nerwowo ku miedzianej kadzielnicy, całej zakopconej i przyćmionej światłością poranku, umazał palec w warstwie sadzy i zrobił nim krychę na ukos twarzy.

— Kto zmarł w tym domu? — ozwał się Kim językiem krajowym.

— Nikt. Ale ta jędza mogłaby mnie urzec swym diabelnym okiem.

— A więc, cóż teraz zamyślasz?

— Wyprawię cię do Benares, jeżeli się tam wybierasz, i powiem ci, co winni znać wszyscy „nasi”.

— Jadę tam. O której godzinie odjeżdża te-rain?