— Zupełna ra-acja. Jestem tylko babu, co chce się wobec ciebie popisać znajomością angielszczyzny. Wszyscy my, babu, mówimy po angielsku dla popisu — odpowiedział Hurree, owijając się wdzięcznie szalem. — Jakem ci właśnie miał wyjaśnić, słowa „syn czarów” oznaczają, że pono jesteś członkiem Sat Bhai... związku siedmiu braci... jest to po hindusku i tantrycku157. Powszechnie mniemają, że ten związek już należy do przeszłości, ale ja napisałem rozprawy dowodzące jego istnienia po dziś dzień. Widzisz, że wszystko to jest moim pomysłem. Ba-ardzo dobrze. Sat Bhai ma wielu członków, a kto wie, czy zanim nie poderżną ci sprawnie gardła, właśnie im nie będziesz zawdzięczał życia. Bądź co bądź, może się to przydać. Co więcej, te półgłówki-krajowcy, o ile nie są zanadto rozdrażnieni, zawsze zastanawiają się długo, zanim odważą się zabić kogoś, kto powiada, że należy do jakiejś odrębnej organizacji. A widzisz? Gdy więc znajdziesz się w opałach, powiesz: „jestem synem czarów”, a może... ach... może... natrafisz na wiatr pomyślny. Ale to tylko w razach ostatecznych lub dla nawiązania stosunków z cudzoziemcem. Czy ci to wszystko jasne? Ba-arrdzo dobrze. Lecz, dajmy na to, że ja (lub ktoś z departamentu) przychodzę do ciebie ubrany zgoła odmiennie. Głowę daję, że nie poznałbyś mnie, chyba żeby mi się tak podobało. Kiedyś ci te-ego dowiodę. Przychodzę więc w stroju przekupnia ladakhijskiego... czy jakim innym... i mówię do ciebie: „Chcesz kupić drogie kamienie?”. Ty na to: „Czyż wyglądam na człowieka, co kupuje drogie kamienie?”. Wówczas ja rzekę: „Nawet człek ba-ardzo biedny może kupić turkus lub tarkeean”.

— Toć przecie jest kichree... barszcz jarzynowy! — rzekł Kim.

— Juści, że tak. Ty powiesz: „Niech no zobaczę ten tarkeean”. Jać na to: „Gotowała go kobieta i może to zaszkodzi twej kaście”. Ty zaś rzeczesz: „Mniejsza o kastę, gdy ktoś chce... skosztować tarkeean”. Zawahasz się na chwilę między słowami „chce” i „skosztować”. Na tym polega cała tajemnica. Mały przestanek między wyrazami.

Kim powtórzył całe hasło.

— Doskonale. Wtedy ja za nadarzoną sposobnością pokażę ci swój turkus; ty poznasz, ktom ja, i nastąpi wymiana spostrzeżeń, dokumentów itp. Tak też się sprawa przedstawia z każdym z nas. Mówimy raz o turkusach, to znowu o tarkeeanie, ale zawsze uwzględniając ten mały przestanek między wyrazami. To rzecz ba-ardzo wygodna. Najpierw więc „syn czarów”, gdy znajdziesz się w tarapatach. Może ci to pomóc... może i nie. Po wtóre to, com ci mówił o tarkeeanie, jeżeli chcesz załatwiać sprawę urzędo-ową z obcym człowiekiem. Na razie, ma się rozumieć, nie masz jeszcze żadnych spraw urzędo-owych. Jesteś... aha!... nadliczbowym, wziętym na próbę. Stanowisko całkiem wyjątkowe. Gdybyś był rodowitym Azjatą, mógłbyś już być użyty do odpowiedniej służby; ale ten półroczny urlop ma cię do cna... odangielszczyć, rozumiesz? Lama ciebie wyczekuje, bo doniosłem mu półurzędo-ownie, żeś już zdał wszystkie egzaminy i wkrótce otrzymasz posadę rządową. Oho! Jak widzisz, pobierasz pła-acę jako tymczasowy zastępca; przeto, jeżeli cię wezwą na pomoc „synom czaru”, pamiętaj spisywać się gracko. Muszę się z tobą teraz pożegnać, mój miły kolego, a spodziewam się, że... ach... zajdziesz ba-ardzo wysoko...

Hurree Babu cofnął się parę kroków, wmieszał się w tłum u wejścia na dworzec lucknowski... i znikł. Kim odetchnął głęboko i obmacał się dokładnie. W zanadrzu posępnej żałobnej szaty wyczuł niklowany rewolwer, na szyi wisiał amulet; tykwa żebracza, różaniec i sztylet przeciwko upiorom (pan Lurgan o niczym nie zapomniał) — wszystko to było na podorędziu wraz z lekarstwami, pudełkami farb i kompasem; zasię w starej, wyszarzanej kalecie, wyszywanej w różne desenie kolcami jeżowca, spoczywała pensja całomiesięczna. I król nie mógł być bogatszy. U sklepikarza-Hindusa nakupił sobie słodyczy zawiniętych w liść i zajadał je z radosnym zachwytem, póki policjant nie kazał mu się wynosić na cztery wiatry.

Rozdział XI

Gdyby człek taki, co się nie wykształci

W swym fachu, chciał ci

Rzucać sztylety — i znów je poławiać,