— No, przecież to ino167 moja wina! — zawnioskował. — U Mahbuba jadałem chleb Mahbuba lub sahiba Lurgana. W zakładzie św. Ksawerego dziennie trzy razy żreć dawali. Tutaj trzeba samemu porządnie dbać o siebie; zresztą jeszczem się dobrze nie zaprawił. O, jakżebym teraz sfrygał talerz wołowiny!... Czy to już koniec, o święty?

Lama podniósłszy obie dłonie, wygłaszał półśpiewem końcowe błogosławieństwo okraszane chińszczyzną.

— Muszę się oprzeć na twym ramieniu — rzekł, gdy zawarły się wrzeciądze świątyni. — Zdaje się, żeśmy nieco zesłabli.

Nie łacno to dźwigać na sobie całymi milami wśród rojnych ulic ciężar człowieka wysokiego na sześć stóp; przeto Kim, objuczony tobołkami i paczkami podróżnymi, odetchnął z radością, gdy dowlekli się w cień mostu kolejowego.

— Tu będziemy jedli — rzekł rezolutnie, gdy ukazał się Kamboh, błękitno ubrany i uśmiechnięty, trzymając w jednej ręce kosz, a w drugiej dziecko.

— Pódźcież ino168, o święci ludkowie! — wołał już z odległości pięćdziesięciu jardów; siedzieli bowiem przy wydmie pod pierwszym przęsłem mostu, z dala od spojrzeń wygłodniałych kapłanów. — Jest tu ryż i dobry bigos, ciastka świeżuteńkie i zaprawione tęgo woniejącym hing169, zsiadłe mleko i cukier. Królu mych włości — (tu zwrócił się do synka) — pokażmy tym ludziom świętym, że my, Dżatowie z Dżullundur, umiemy odpłacić się za przysługę... Słyszałem, że Dżeinowie nie wezmą do ust żadnej strawy, której nie ugotują własnoręcznie, lecz, po prawdzie — to mówiąc, spozierał jako człek grzeczny hen, na szeroką rzekę — gdzie nikt nie widzi, tam furda wszelkie kasty!

— My zaś — rzekł Kim, odwracając się plecami i nakładając lamie kopiasto blaszany talerzyk — jesteśmy ponad wszelkimi kastami.

Jęli w milczeniu opychać się dobrym jadłem. Dopiero oblizawszy resztkę lepkiej słodyczy z małego palca, Kim zauważył, że Kamboh był również objuczony do drogi.

— Jeżeli nasze drogi idą razem — prosto z mostu oświadczył Dżat — pójdę z wami. Nieczęsto spotyka się cudotwórcę, a dziecię moje jest jeszcze słabe. Ale ze mnie nie fujara! — Tu podniósł w górę lathi, czyli pięciostopową palicę bambusową, okutą kółkami z gładkiego żelaza, i śmignął nią w powietrzu. — Nazywają Dżatów haraburdami, ale to nazwa niezgodna z prawdą. Chyba że nam kto wejdzie w drogę... to stajemy się podobni do naszych buhajków!

— I owszem — rzekł Kim. — Tęgi kij tęgim jest argumentem.