— Będę rozmyślał; jest to rzecz potrzebniejsza, niż ci się zdaje.
Mijały godzina za godziną i nastawał świt, przy którym bladła na wierchach księżycowa poświata, a to, co było jeno czarnym rąbkiem na zboczach dalekich gór, okazało się powabną zielenią lasu. Lama przez cały ten czas wpatrywał się nieruchomo w ścianę, a od czasu do czasu wzdychał. Za zatarasowanymi wrotami, gdzie wygnane krowy przychodziły dowiadywać się o dawną swą oborę, mieszkańcy Shamlegh i kulisi zajęci byli podziałem łupów i innymi sprawami pełnymi gwaru i życia. Rej wśród nieb wodził człowiek z Ao-chung, a gdy się dobrali do puszek z konserwami zdobytymi na sahibach i przekonali się, że to smaczna strawa, nic już nie mogło ich skłonić do zwrotu. Opakowania wrzucono do śmietnika shamleghskiego.
Gdy Kim po źle przespanej nocy wymknął się na dwór, by w chłodzie poranku oczyścić sobie zęby, jakaś rumiana dziewoja w czepku wysadzanym turkusami odciągnęła go na stronę.
— Inni już się rozeszli. Zostawili ci kiltę stosownie do obietnicy. Ja nienawidzę sahibów, lecz ty winieneś mi się za to odwdzięczyć, obdarzając mnie urokiem. Nie pragniemy, ażeby małe Shamlegh pozyskało złą sławę z powodu... wypadku. Jestem kobietą z Shamlegh.
Spojrzała nań zuchwale, błyszczącym wzrokiem, zgoła nie przypominającym zwykłego ukradkowego spojrzenia góralek.
— Jużci223 że tak. Ale trzeba to uczynić w tajemnicy.
Podniosła ciężką kiltę jak cacko i wrzuciła ją do własnej chaty.
— Wyjdź i zatarasuj wrota! Nikomu nie wolno się zbliżyć, póki nie skończę.
— Ale potem... będziemy mogli pogadać?
Kim wywalił kiltę na podłogę... posypała się cała kaskada narzędzi mierniczych, książek, dzienników, listów, map i osobliwie woniejącej korespondencji z krajowcami. Na samym dnie znajdowała się haftowana sakiewka ukrywająca jakiś dokument opieczętowany, złocony i barwnie zdobiony, jaki zwykle posyłają sobie wzajemnie królowie. Kim aż dech w sobie wstrzymał z zachwytu i rozpatrzył się w sytuacji ze stanowiska sahiba.