„Za pięćset... za tysiąc rupii nie kupiłby człek tego wszystkiego — myślał ze smutkiem. — Było to wielkie marnotrawstwo, ale poza tym mam całą resztę ich rupieci... wszystko, nad czym pracowali — przynajmniej tak mi się zdaje. A teraz, jak u licha mam zawiadomić Hurreego i co u licha mam robić? Na dobitkę mój staruszek się rozchorował. Muszę zawiązać listy w ceratę. To trzeba najpierw uczynić... inaczej przesiąkłyby potem... I jestem tu sam jak palec!”

Związał je w zgrabny pakiecik, zaginając pod spód grubą, kleistą ceratę na rogach, bo włóczęgowskie życie uczyniło chłopaka tak skrupulatnym, niby starego myśliwca, gdy szło o przygotowania do wyprawy. Potem ze zdwojoną starannością upakował książki na dnie sakwy z żywnością.

Kobieta zakołatała do drzwi.

— Ależ tyś tu nie odprawiał czarów!... — rzekła, rozglądając się wokoło.

— Nie ma potrzeby.

Kim na śmierć zapomniał o konieczności małej pogadanki. Kobieta roześmiała się lekceważąco z jego zakłopotania.

— Nie ma... dla ciebie. Możesz rzucać urok jednym skinieniem oka. Ale pomyśl, co będzie z nami biedakami, gdy od nas odejdziesz! Wszyscy dziś byli zanadto pijani, by mieli słuchać kobiety. Chyba nie jesteś pijany?

— Jestem kapłanem.

Kim już oprzytomniał, a ponieważ kobieta była wcale powabna, więc uznał, że najlepiej będzie podkreślić swe stanowisko.

— Przestrzegałam ich, że sahibowie wpadną w gniew i rozpoczną śledztwo, a nawet poślą radży doniesienie. Jest też tam z nimi ów babu. Urzędnicy mają długie ozory.