— Czy to całe twoje zmartwienie?
W głowie Kima wylągł się już plan zupełnie sformułowany, więc chłopak uśmiechnął się po uwodzicielsku.
— Niezupełnie — odpowiedziała kobieta, wyciągając krzepką, brązową dłoń pokrytą turkusami oprawnymi w srebro.
— Mogę to zażegnać w mig — mówił żywo Kim. — Ów babu jest to ten sam hakim (zapewneś o nim słyszała?), który wędrował po górach koło Ziglaur. Znam go dobrze.
— On wszystko wygada, byle wziąć nagrodę. Sahibowie nie potrafią odróżnić jednego górala od drugiego, ale babu mają oko na chłopców... no i na kobiety.
— Zanieś mu wiadomość ode mnie.
— Nie ma rzeczy, której bym nie zrobiła dla ciebie.
Przyjął ten umizg spokojnie, jak powinni czynić mężczyźni w kraju, gdzie kobiety narzucają się z miłością; następnie wydarł kartkę z notesu i wziąwszy niewycieralny ołówek kopiowy jął gryzmolić, co następuje, niezdarnym Shikastem, jak zowią pismo, którym posługują się złośliwe andrusięta, bazgrając plugastwa po murach:
„Mam wszystko, co oni pisali: ich malowidła z tutejszych okolic i wiele listów, zwłaszcza muraslę. Powiedz, co czynić. Jestem w Shamlegh pod śniegami. Staruszek choruje”.
— Doręcz mu to, a zamkniesz mu tym gębę. On nie mógł jeszcze zajść daleko.