— Istotnie niedaleko. Znajdują się jeszcze w lesie za grzbietem góry. Nasze dzieci poszły ich śledzić o świcie i donosiły nam krzykiem o każdym ich poruszeniu.
Kim zdumiał się; lecz hen z krańca połoniny przyleciał przeciągły, przenikliwy pisk podobny do głosu kani. Był to odzew, podjęty przez dziecko pasące trzodę, na hasło dane przez brata lub siostrę hen tam na zboczu, co panuje nad doliną Chini.
— Moi mężowie też poszli tam zbierać drzewo.
Wyciągnęła zza pazuchy garść orzechów włoskich, rozłupała równiuśko na połówki jeden z nich i zaczęła jeść. Kim udawał, że nie rozumie nic a nic.
— Czy nie wiesz, co oznacza orzech, kapłanie? — rzekła nieśmiało i wręczyła mu dwie łupinki.
— Dobry pomysł! — rzekł Kim i wetknął w ich środek kawałek papieru. — Czy masz trochę wosku, by zapieczętować ten list?
Kobieta westchnęła, a Kim złagodniał.
— Nie otrzymasz zapłaty, póki nie wyświadczysz mi przysługi. Zanieś ten orzech owemu babu i powiedz mu, że przysyła mu go syn czarów.
— A ino! Prawda! Prawda! Czarodziej... który wygląda na sahiba.
— Nie, syn czarów... i zapytaj go, czy będzie odpowiedź.