— Lecz jeżeli on odpowie na to grubiaństwem? Ja... ja się boję.
Kim roześmiał się.
— E, daję głowę, że jest on zanadto głodny i zmęczony. Góry ochładzają frantów. Hej, moja... — już na końcu języka miał słowo „matko”, ale zmienił je na „siostro” — jesteś mądrą i sprytną kobietką!... W chwili obecnej pewno już wszystkie wioski wiedzą, co stało się z sahibami... hę?
— Jużci225. O północy doszły wieści do Ziglaur, a jutro rano dojdą do Kotgarh. Wszystkie wsie przejęte są zarówno gniewem, jak i trwogą.
— Zupełnie niepotrzebnie. Ogłoś po wioskach, by żywiły sahibów i pozwoliły im spokojnie iść dalej. Musimy ich po cichu wydalić z naszych dolin. Co innego kraść, co innego zabijać. Babu zrozumie, o co idzie, i nie będzie żadnych pokątnych donosów. Chybaj226, co żywo. Muszę pilnować mego mistrza, skoro się obudzi.
— Niechże ci będzie. A po tej przysłudze (...sam powiedziałeś...) przyjdzie zapłata. Jestem kobietą z Shamlegh i wasalką radżów, nie zaś ot taką sobie, co tylko rodzi bachory. Do ciebie należy Shamlegh i cały jego dobytek: kopyta, skóry, mleko, masło. Bierz lub nie bierz, jak ci się podoba.
Odwróciła się rezolutnie i pobrzękując srebrnymi naszyjnikami tłukącymi o jej szerokie piersi, jęła iść pod górę ku porannym blaskom słońca połyskującym na wysokości tysiąca pięciuset stóp nad ich głowami. Kim, zalepiając woskiem ceratowe brzegi pakietów, rozmyślał... tym razem po hindusku:
„Idźże tu, człeku, Drogą zbawienia lub za Wielką Grą, gdy ci się ustawicznie naprzykrzają kobiety! Na ten przykład, ta dziewucha w Akroli nad brodem; potem żona kuchty za gołębnikiem, już nie licząc innych... a teraz ta znowu! Można się było z tym zgodzić, póki byłem dzieckiem, ale obecnie jestem już mężczyzną, a one nie chcą uważać mnie za mężczyznę! Orzechów jej się zachciewa! Ciewy227! Ho, ho! To tyle, co migdały na równinach!”
Wyszedł na wieś, by zbierać haracze — nie z miseczką żebraczą, jaka przystoi ludziom z gminu, ale z postawą iście książęcą.
Ludność Shamleghu składa się tylko z trzech rodzin, w czym cztery kobiety i ośmiu czy dziewięciu mężczyzn. Wszyscy mieli pod dostatkiem blaszanek z konserwami i najróżnorodniejszych napitków, począwszy od chininy rozpuszczonej w amoniaku, a skończywszy na okowicie, albowiem otrzymali pełny udział w nocnej zdobyczy. Wytworne płótna namiotowe wyrabiane na kontynencie zostały już dawno pocięte i porozbierane, a walały się wszędzie jeszcze tylko patentowane rondle aluminiowe. Jednakowoż mieszkańcy uważali obecność lamy za doskonałą ochronę przeciwko wszelkim następstwom niedawnego wypadku, więc bez skrupułów przynosili Kimowi, co mięli najlepszego, nie wyłączając napoju czang — piwa jęczmiennego sprowadzanego z Ladakh. Potem poszli grzać się na słońcu i zwiesiwszy nogi nad bezdennymi przepaściami, siedzieli, gwarząc, śmiejąc się i ćmiąc fajki. O Indiach i ich rządzie wyrokowali jedynie na podstawie znajomości z podróżującymi sahibami, którzy ich lub ich przyjaciół najmowali za shikarrisów. Kim słyszał opowieści o sahibach już od dwudziestu lat leżących w grobie, jak nieraz spudłowali do kozła skalnego, do rosomaka lub żbika; każdy szczegół w tych opowieściach uwydatniał się wyraziście niby gałązki na wierzchołkach drzew widziane na tle błyskawicy. Dalej opowiadali mu o swoich małych dolegliwościach i, co najważniejsza, o dolegliwościach swego chudego, pewną nogą stąpającego bydełka; o wyprawach aż do Kotgarh, gdzie żyją cudzoziemcy misjonarze, a nawet do uroczej Simli, gdzie ulice są brukowane srebrem i każdy (uważacie!) może znaleźć służbę u sahibów, którzy jeżdżą w dwukolnych dryndulkach i sypią krociami pieniędzy.