W końcu i sam lama, dotąd posępny i mrukliwy, przywlókłszy się ociężałym krokiem, przyłączył się do tej gawędy na przyzbie, a obecni dali mu poczesne miejsce w swoim gronie. Rozrzedzone powietrze orzeźwiło go, więc usadowił się pomiędzy starszyzną nad samą krawędzią otchłani, a skoro rozmowa umilkła, rzucał kamyki w bezdnię. O trzydzieści mil stąd, idąc za lotem orła, wznosiły się najbliższe grzbiety obramowane, podkreślone i pocętkowane we wszystkich wgłębieniach małymi łatkami szczeciatych228 regli — każda z nich była ciemnym borem, do którego przebycia potrzeba było całodziennego marszu. Poza wioską cały widok ku południowi zasłaniała góra Shamlegh; wydawało się, jak gdyby siedzieli w gniazdku jaskółczym pod krokwiami dachu wszechświata.

Od czasu do czasu lama wyciągał dłoń przed siebie i poszeptując z cicha, stłumionym głosem, wskazywał drogę do Spiti, a stąd ku północy poprzez Parunglę.

— Z tamtej strony, gdzie góry zwarły się najgęściej, znajduje się De-czen229 — (miał na myśli Han-lê) — wielki klasztor. Budował go s’Tag-stan-ras-czen i krąży tam o nim podanie.

Zaraz potem je opowiedział: była to fantastyczna opowieść o czarach i cudach, której całe Shamlegh słuchało z rozdziawionymi gębami. Odwróciwszy się nieco na zachód śledził zielone kopy Kulu i poszukiwał Kailungu, położonego pod lodowcami.

— Stamtąd przybyłem dawno już, dawno temu. Przyszedłem z Leh przez Baralaczy.

— Tak, tak, znamy te strony — odrzekły obieżyświaty shamleghskie.

— I spędziłem dwie noce u kapłanów z Kailung. Te góry są dla mnie prawdziwą radością! Są to mary błogosławione ponad inne mary! Tam to po raz pierwszy otworzyły mi się oczy na świat; tam dostąpiłem łaski oświecenia, tam też przepasałem biodra swoje do podróży za cel mającej poszukiwanie. Wyszedłem z gór... z wysokich gór i od silnych wichrów. O, sprawiedliweż jest Koło życia!

Błogosławił wszystkiemu po kolei: tym wielkim lodowcom, tym nagim opokom, tym spiętrzonym zwałom głaznych230 otoczaków i piargom łupkowym; bezwodnym wyżniom, ukrytym słonym jeziorom, wiekowym puszczom i urodzajnym dolinom, kędy231 szumiały siklawy232; błogosławił jednemu po drugim, jak człek umierający błogosławi swym domownikom, a Kim dziwował się jego wzruszeniu.

— Tak... tak! Nie ma takiej krainy świata jak nasze góry! — przytakiwali ludkowie shamleghscy i jęli się dziwić, jak to można mieszkać na straszliwych, skwarnych nizinach, gdzie chadza bydło wielgachne jak słonie, które by nie wydoliło orać na zboczach górskich; gdzie, jak słychiwali233, przez jakie sto mil bez przerwy ciągnie się wioska za wioską: gdzie włóczą się szajki rzezimieszków, a co ujdzie rąk tych łotrów, staje się łupem policji...

Tak zbiegł im spokojnie cały ranek; przed samym południem ze stromej połoniny zesunęła się wysłanka Kima, wcale nie zdyszana, jak gdyby dopiero co wyruszyła.