— Posłałem parę słów do hakima — wyjaśnił Kim, gdy ona składała mu ukłon.
Lama otworzył oczy szeroko.
— Więc on przystał do tych bezbożników? Ach nie, przypominam sobie, że on leczył jednego z nich. Pozyskał sobie tym zasługę, choć ów człek uleczony źle później użył swej siły. Sprawiedliwe jest Koło! Czegóż tam chciałeś od hakima?
— Bałem się, że odniosłeś poważniejsze potłuczenia i... i... wiedziałem, że to człek mądry... — to mówiąc, Kim wziął w rękę zalepione woskiem łupinki orzecha i na odwrotnej stronie swej zapiski odczytał następujące słowa pisane po angielsku:
„Otrzymałem dowód twej życzliwości. Na razie nie mogę rozstać się z obecnym towarzystwem, ale muszę odprowadzić ich do Simli, po czym spodziewam się spotkać znów z tobą. Rzecz to przykra towarzyszyć gniewnym jegomościom. Wracaj tą samą drogą, którą przybyłeś, a zdybiesz mnie. Wielce jestem zobowiązany za korespondencję spełniającą moje przewidywania”.
— On powiada, o święty, że ucieknie od bezbożników i powróci do nas. Czyż więc nie zabawimy trochę w Shamlegh?
Lama spojrzał długo i z miłością na swe góry, ale potrząsnął głową.
— Nie podobna, mój chelo. Pragnę tego sercem całym, ale mi nie wolno. Wejrzałem w przyczynę wszechrzeczy...
— Czemu? Jeżeli góry z każdym dniem wzmacniają cię na siłach?... Przypomnij sobie, jak czułeś się słabo i jak opadałeś z sił tam na nizinach, w Doon.
— Nabrałem sił po to, by czynić zło i zapominać o swych celach. W górach stałem się hałaburdą i zawadiaką. — (Kim ledwo mógł się powstrzymać od uśmiechu.) — Sprawiedliwe i doskonałe jest Koło życia niezbaczające ani na włos. Gdy byłem w pełni sił męskich... wiele lat temu... wybrałem się w pielgrzymkę do Guru Ch’wan zarosłego topolami — (wskazał w stronę Bhotan) — gdzie chowają świętego rumaka...