— Cichojcie, cichojcie! — przebiegł krzyk po całym Shamlegh, które jęło się kupić wokoło. — On mówi o Dżamli-nin-korze, rumaku, który w jeden dzień oblecieć może cały świat.
— Mówię tylko do swojego cheli — rzekł lama z lekkim wyrzutem, a ludziska w mig zniknęli, jak niknie rankiem szron na południowym podstrzeszu. — W owych dniach nie szukałem prawdy, ale jeno gwaru uczoności. Wszystko to złuda! Piłem piwo i jadałem chleb z Guru Ch’wan. Nazajutrz ktoś się odezwał: „Pójdziemy walczyć z Sangor Gutokiem w dolinie, by rozstrzygnąć (zważ, jak żądza wiąże się z popędliwością!), który przeor ma sprawować rządy nad doliną i ciągnąć zyski z pacierzy, jakie tam oni drukują w Santor Gutoku. Poszedłem i biliśmy się cały dzień.
— Ale czym, święty człowieku?
— Naszymi długimi piórnikami, jak tego o mało co nie pokazałem niedawno... Powiadam ci, walczyliśmy pomiędzy topolami, zarówno przeorowie, jak i wszyscy mnisi, a jeden rozciął mi czoło aż do kości. Przypatrz się! — (odsłonił kapelusz i pokazał srebrzystą, pomarszczoną bliznę). — Sprawiedliwe i doskonałe jest Koło żywota! Wczoraj świerzbiała mnie ta blizna; po latach pięćdziesięciu uświadomiłem sobie na nowo, w jaki sposób mi ją zadano, i stanęła mi w oczach twarz tego, który mi ją zadał; przeżyłem znów chwilę omamienia. Nastąpiło to, coś widział... uderzenie i zaślepienie. Sprawiedliwe jest Koło! Cios bezbożnika spadł na mą bliznę. Wtedy w duszy doznałem wstrząśnienia; zaćmiło mi się w duszy, a łódź mej duszy zakołysała się na falach złudzenia. Dopiero gdym przybył do Shamlegh, mogłem się zastanowić nad przyczyną rzeczy i dociec biegu zakorzenionego chwastu zła. Walczyłem dziś z sobą przez całą noc...
— Ależ, o święty mężu, tyś nie winien całemu nieszczęściu! Obym ja mógł być twą ofiarą!...
Kim był szczerze strapiony smutkiem staruszka i mimo woli wymknęło mu się jedno z wyrażeń Mahbuba Alego.
— O świcie — ciągnął dalej lama o wiele poważniej, a różaniec pobrzękiwał żwawo w przerwach między powoli wlokącymi się zdaniami — przyszło oświecenie. Tutaj to... Jestem człek stary... urodziłem się, wychowałem w górach... lecz nigdy już nie osiędę wśród mych gór. Trzy lata wędrowałem po Indiach, ale... czy proch ludzki może być silniejszy od Matki Ziemi? Moje lichotne ciało tęskniło tam z nizin do gór i do śniegów górskich. Mówiłem sobie, i to jest prawdą, że poszukiwania moje nie będą bezowocne. Przeto z domu Kuluanki skierowałem się w stronę gór, dawszy się namówić samemu sobie. Nie należy tu winić hakima. On, folgując mej tęsknocie, przepowiedział, że góry dodadzą mi sił. Dodały mi one sił, ale do złego, do zapomnienia o celu mych poszukiwań. Radowałem się życiem i żądzą życia. Pragnąłem wdzierać się na uciążliwe zbocza; chadzałem tędy i owędy, by je wynajdować. Mierzyłem się na siłę ciała z górami... co jest przewinieniem. Drwiłem z ciebie, gdy ci zabrakło tchu pod Dżamnotri. Żartowałem, gdy nie chciałeś przebywać śniegowisk pośród wąwozu.
— Cóż w tym złego? Ja bałem się naprawdę. Rzecz zrozumiała. Nie jestem góralem. A za twą nową krzepkość jeno cię pokochałem.
— Pamiętam, że nieraz — tu podparł smutno dłonią policzek — dobijałem się pochwał od ciebie i hakima li tylko z powodu siły mych nóg. Tak grzech szedł w ślad za grzechem, aż przepełniła się czara. Sprawiedliwe jest Koło życia! Całe Indie przez trzy lata darzyły mnie wszelkimi zaszczytami. Począwszy od Krynicy Mądrości w Domu Cudów a skończywszy na... — (tu uśmiechnął się) — na małym chłopaku, co bawił się pod wielką harmatą... wszyscy udogadniali mi drogę. Czemuż to?
— Bośmy cię kochali. Ty ino234 majaczysz z gorączki po tym uderzeniu. Ja sam jestem jeszcze słaby i wstrząśnięty do głębi.