— Nie! Było to dlatego, że szedłem Drogą zbawienia... nastrojony, jak si-nen (cymbały), do celów zakonu. Wyłamałem się spod tego kierownictwa: melodia się urwała i nastąpiła kara. Wśród mych rodzinnych gór, na rubieży mej ojczystej ziemi, w samej krainie mej grzesznej tęsknoty, dostałem uderzenie kułakiem... tu! — to mówiąc dotknął się brwi. — Jak biją nowicjusza, gdy źle ustawia czarki, tak uderzono mnie, com był przeorem w Such-zen. Nie skarcono mnie, jak widzisz, słowem, ale czynnie, mój chelo.
— Ależ sahibowie nie znali cię, o mężu święty!
— Dobraliśmy się z sobą. Zaślepienie i żądza weszły w drogę zaślepieniu i żądzy, a z tego zrodził się gniew. Dla mnie, który nie jestem niczym lepszym od zbłąkanego jaka235, uderzenie to było skazówką, że nie tu jest moje miejsce. Kto potrafi odczytać przyczynę jakiegoś uczynku, jest już w połowie drogi do wyzwolenia. „Wróć na swą ścieżkę”, mówił ten cios. „Góry nie są dla ciebie. Jeżeli obrałeś zbawienie, nie możesz wlec się w kajdanach ponęt życiowych”.
— Bodajeśmy nigdy nie spotkali tego po trzykroć przeklętego Moskala!
— Sam nasz Pan nie może cofnąć Koła wstecz. A za zasługę, jaką sobie zdobyłem, otrzymałem jeszcze inny znak. — Włożył rękę w zanadrze i wyciągnął stamtąd Koło życia. — Przypatrz się. Po rozmyślaniach zacząłem sobie z tego zdawać sprawę. Z rąk tego bezbożnika, który mi je podarł, zdołałem wyrwać w całości tylko skrawek ledwo szerokości mego paznokcia.
— Widzę.
— Taki więc skrawek życia pozostał jeszcze w mym ciele. Przez całe życie służyłem Kołu; teraz Koło mi się przysłużyło. Lecz za zasługę, jaką sobie zdobyłem, naprowadzając cię na Drogę zbawienia, będzie mi jeszcze przydany kawał żywota, póki nie znajdę swej Rzeki. Czy ci to jasne, chelo?
Kim wlepił oczy w brutalnie zniekształconą kartę. Rozdarcie biegło ukośnie od lewej ręki ku prawej — od jedenastego przybytku, gdzie pożądliwość wydaje na świat dziecko (jak rysują Tybetańczycy) — poprzez światy ludzkie i zwierzęce aż do piątego przybytku — pustego przybytku zmysłów. Na takie rozumowanie nie było odpowiedzi.
— Zanim nasz Pan dostąpił łaski oświecenia — mówił lama, zwijając z szacunkiem rysunek — doznawał pokus. Ja też doznawałem pokus, ale już to się skończyło. Strzała spadła na niziny... nie na góry. Cóż więc tu mamy do roboty?
— Czy przynajmniej nie zaczekamy na hakima?