— Ja wiem, jak długo jeszcze pożyję w tym ciele. Cóż tu poradzi hakim?

— Ale jesteś jeszcze chory i wstrząśnięty tym, co zaszło. Nie możesz chodzić.

— Jakże mogę być chory, jeżeli widzę już wybawienie?

Podniósł się z wysiłkiem i chwiejnie.

— W takim razie muszę zebrać żywność z wioski. O, uciążliwa to droga! — Kim czuł, że i jemu potrzeba wytchnienia.

— To rzecz słuszna. Posilmy się i chodźmy. Strzała spadła na niziny... ale ja uległem tęsknocie. Spiesz się, chelo.

Kim zwrócił się do kobiety w turkusowym czepku, która bawiła się niefrasobliwie staczaniem kamyków ze skały. Uśmiechnęła się doń bardzo uprzejmie.

— Znalazłam go... tego babu... w zbożu niby zbłąkanego bawołu; parskał i kichał z zimna. Był tak głodny, że zapomniał o swej godności i prawił mi słodkie słówka. Sahibowie nie mają nic — to mówiąc, wyrzuciła przed siebie pustą dłoń. — Jeden jest bardzo chory. Czy to twoja sprawka?

Kim skinął głową, a oczy mu się zaiskrzyły.

— Mówiłam najpierw z Bengalczykiem... a potem z mieszkańcami sąsiedniej wioski. Sahibowie dostaną jadła, ile im będzie potrzeba... i ludziska nie będą od nich brać pieniędzy. Zdobycz już rozdzielono. Ten babu okłamuje wciąż sahibów w żywe oczy. Czemu ich on nie opuści?