— Szkoda, że go nie uchroniła od rozbicia sobie głowy! Słyszałam, że tyś to był owym tygrysem, co poharatał sahiba. Pozwól staruszkowi jeszcze trochę pomarzyć. Zostań!

— Góralko! — rzekł Kim z powagą, która nie zdołała nadać surowości rysom jego młodej owalnej twarzy. — Te sprawy są dla ciebie nazbyt wzniosłe.

— Bądźcież nam, bogi, miłościwe! Odkądże to mężczyźni i kobiety są czym innym jak kobietami i mężczyznami?

— Kapłan jest kapłanem. On powiada, że pójdzie za godzinę. Ja jestem jego chelą, więc pójdę wraz z nim. Potrzeba nam żywności na drogę. On jest w każdej wiosce mile widzianym gościem, ale — tu zrobił grymas iście urwisowski — nie masz jadła jak tutaj. Daj mi trochę.

— Cóż będzie, jeżeli ci nie dam? Jestem panią tej wsi.

— Wtedy cię przeklnę... trochę... nie bardzo... ale tyle, że popamiętasz.

Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

— Jużeś mnie przeklął swą rzęsą obwisłą i zadartym podbródkiem. Phi, przekleństwa? Co mi się ta troszczyć o próżne słowa?... — i złożyła ręce na piersiach. — Ale nie chciałabym, żebyś odchodził ode mnie zagniewany, myśląc lada co o mnie... bo choć jam tu w Shamlegh ino zbieraczka krówskiego236 nawozu i paszy, to jestem kobieta majętna.

— Nic nie myślę — odrzekł Kim — co najwyżej martwię się, że odchodzimy, bo jestem zmęczony i potrzeba nam strawy. Oto sakwa.

Kobieta porwała ją ze złością.