— Byłam głupia — odezwała się. — Jakąż masz tam dzierlatkę na nizinach? Rumianą czy czarną? Ja kiedyś byłam urodziwa. Śmiejesz się ze mnie? Kiedyś, dawno, możesz wierzyć lub nie wierzyć, podobałam się bardzo pewnemu sahibowi. Kiedyś, już dawno, ubierałam się po europejsku... tam daleko, w domu misyjnym — wskazała w stronę Kotgarh. — Kiedyś, lat temu wiele, byłam Ker-listi (chrześcijanką) i mówiłam po angielsku... jak sami sahibowie. Tak, tak! Mój sahib mówił, że powróci i poślubi mnie... tak, poślubi mnie. Odjechał... pielęgnowałam ci go przódziej237, gdy był chory... ale on już nigdy nie powrócił. Wtedy przekonałam się, że bogowie chrześcijan kłamią, i powróciłam do swych rodaków... Odtąd już nigdy ani nie spojrzałam na żadnego sahiba. (Nie śmiej się ze mnie. Uniesienie już przeszło, mały klecho). Twoja twarz, twój chód i twój sposób przemawiania przywiodły mi na myśl mojego sahiba, choć jesteś jeno włóczęgą-żebrakiem, któremu daję jałmużnę. Chcesz mnie przekląć? Ty nie możesz ani przeklinać, ani błogosławić! — Oparła ręce na biodrach i roześmiała się gorzko. — Twoje bogi są kłamstwem, twoje czyny są kłamstwem, twoje słowa są kłamstwem. Nie ma bogów pod żadnym niebem. Wiem o tym... Lecz przez czas jakiś wydawało mi się, że to powrócił mój sahib, a on był moim bóstwem. Tak, kiedyś grywałam na pianno w domu misyjnym w Kotgarh. Teraz daję jałmużnę kapłanom, co są heatthen238.

Zapieczętowawszy angielskim wyrazem swe przemówienie, jęła zawiązywać sakwę napełnioną po brzegi.

— Czekam na ciebie, chelo — ozwał się lama oparty o węgar239 dźwierzy240.

Kobieta powiodła oczyma po jego rosłej postaci.

— Co? On chce iść! On nie ujdzie i mili! Dokądże to on chce tłuc swe stare kości?

Na to Kim i tak już zafrasowany osłabieniem lamy i przewidując ciężar sakwy, stracił zupełnie panowanie nad sobą.

— Cóż cię to obchodzi, złowieszcza niewiasto, gdzie on idzie?

— Mnie nic... ale ciebie trochę, kapłanie o twarzy sahiba. Czy będziesz go dźwigał na plecach?

— Idę na równiny. Nikt nie powinien udaremniać mi powrotu. Zmagałem się był z własną duszą, aż postradałem siły. Wiotkie to ciało już dogorywa, a do nizin stąd daleko.

— Ciewy241! — rzekła po prostu i odeszła na bok, by Kim mógł uświadomić sobie całą beznadziejność swego położenia. — Przeklnij mnie. Może to doda mu sił. Odpraw gusła! Wzywaj swego wielkiego Boga! Dyć jesteś kapłanem! — odwróciła się i znikła.