Lama przysiadł niby człek kulawy, wciąż trzymając się drzwi. Gdy starzec zaniemoże, trudno, by miał w ciągu jednej nocy, niby chłopak, przyjść do siebie. Słabość pochyliła go ku ziemi, lecz oczy, które wpił w Kima, miały wyraz ożywiony i błagalny.
— Wszystko pójdzie jak z płatka — rzekł Kim. — To rozrzedzone powietrze tak cię osłabia! Za małą chwilkę wyruszymy! To choroba górska! Ja też nieco niedomagam na żołądek... — to mówiąc, uklęknął i pocieszał go najprostszymi słowami, jakie tylko nawinęły mu się na usta.
Naraz zjawiła się kobieta, jeszcze bardziej harda niż przedtem.
— Twoje bóstwa na nic się nie zdały, hę? Spróbujże moich. Ja to jestem kobietą z Shamlegh.
Krzyknęła schrypłym głosem, na ten zew wyszli ze strągi242 dwaj jej mężowie oraz trzech innych chłopów, niosąc dooli, domorosłą lektykę góralską, jakiej używają do przenoszenia chorych i do wizyt urzędowych.
— Te bydlęta — nie była łaskawa nawet na nich spojrzeć — są na twe usługi, dopóki będziesz ich potrzebował.
— Ale my nie pójdziemy na Simlę. Nie chcemy zadawać się z sahibami! — zawołał pierwszy z małżonków.
— Oni nie uciekną jak tamci ani nie ukradną bagażu. Tych dwóch znam jako ludzi słabowitych. Stańcie przy tylnych drągach, Sono i Taree.
Usłuchali w mig.
— A teraz się schylcie i wsadźcie tego męża świętego do lektyki. Aż do waszego powrotu będę pilnowała wsi i waszych cnotliwych małżonek.