— Kiedyż wrócimy?
— Zapytaj kapłanów. Nie nudź mnie. Worek z jadłem połóżcie w nogach, żeby była lepsza równowaga.
— O święty, twoje góry są uczynniejsze od naszych nizin! — zawołał Kim z ulgą, gdy lama wtoczył się do lektyki. — Toć to iście królewskie łoże... siedlisko zaszczytu i wygody. A zawdzięczamy to...
— Złowieszczej niewieście! Tak mi potrzeba twych błogosławieństw, jak mi było potrzeba twych przekleństw. Stało się to na mój rozkaz, a nie za twym staraniem. Podnieście lektykę i... wio! Chodź no tutaj! Czy masz pieniądze?
— Nie potrzebuję niczego — rzekł Kim z gniewem, zamiast okazać wdzięczność. — Już i tak jestem obarczony twymi dobrodziejstwami.
Spojrzała nań z dziwnym uśmiechem i złożyła mu rękę na ramieniu.
— Podziękujże mi przynajmniej. Jestem góralka i twarz mam nieładną, ale jak sam się wyrażasz, zdobyłam sobie zasługę. Czy mam ci pokazać, jak sahibowie okazują wdzięczność — i oczy jej zawzięte nabrały łagodniejszego wyrazu.
— Jestem ino243 wędrownym klechą — rzekł Kim, podnosząc oczy w odpowiedzi. — Tobie nie potrzeba ani moich błogosławieństw, ani klątw.
— O nie... Lecz pozwól na chwilkę... możesz i tak dziesięcioma rączymi krokami dogonić dooli... gdybyś ty był sahibem, czyż trzeba by ci było pokazywać, co masz czynić?
— A cóż by było, gdybym przecie się domyślił? — rzekł Kim i opasawszy ramieniem jej kibić, ucałował ją w policzek, dodając po angielsku: