— Dziękuję ci bardzo, moja droga!

Całusy są Azjatom zgoła nieznane i to zapewne było powodem, że kobieta cofnęła się, otwierając oczy szeroko i całą twarzą wyrażając przestrach.

— Na przyszły raz — mówił Kim dalej — nie powinnaś tak ufać swym kapłanom pogańskim.

Wyciągnął do niej rękę zwyczajem angielskim; ona uścisnęła ją odruchowo.

— Do widzenia, moja droga.

— Do widzenia i... i... — przypominała sobie wyrazy angielskie jedne po drugich — ty powrócisz znów do mnie? Do widzenia i... niech Bóg cię błogosławi.

W pół godziny później, gdy skrzypiąca lektyka chybotała się i trzęsła na górskiej ścieżynie prowadzącej z Shamlegh na północo-wschód, Kim spostrzegł maleńką postać, co stała u wrót szałasu, wymachując białą płachtą.

— Ona zdobyła zasługę większą niż inni — ozwał się lama. — Albowiem wyprawienie człowieka w drogę ku wyzwoleniu jest w połowie równe zasłudze, jaką by zyskała, gdyby sama odnalazła tę drogę.

— Umm! — ozwał się Kim w zadumie, rozmyślając nad tym, co się stało. — Być może, że i ja zdobyłem zasługę... Przynajmniej nie obchodziła się ze mną jak z dzieckiem.

Poprawił sobie suknię na piersi, gdzie spoczywała paka dokumentów i map, zapakował na nowo drogocenną sakwę z żywnością u stóp lamy, oparł się ręką o krawędź lektyki i przystosował się do powolnego chodu postękujących małżonków.