— Sprzedaje konie tu w sąsiedztwie... jakżeby inaczej?
— Tutaj? Po co? Mów powoli. W głowie mi się jeszcze wciąż kręci.
Babu skromnie spuścił w dół oczy.
— No widzisz, ja jestem człek bojaźliwy i boję się odpowiedzialności. Ty, widzisz, byłeś chory, a ja nie wiedziałem gdzie, do kroćset diasków, znajdują się papiery i ile ich ta jest. Toteż ledwom tu przybył, wysłałem poufny telegram do Mahbuba (był właśnie w Meerut na wyścigach) i opowiedziałem mu, jak rzeczy stoją. On w te pędy przyjeżdża z ludźmi, pokumał się z lamą, potem nazwał mnie durniem i był bardzo opryskli-wy...
— Ale z jakiejże przyczyny?
— Właśnie o to ja się pytam. Ja tylko miałem to na myśli, że jeżeli ktoś ukradł te papiery, to przydałoby mi się kilku mocnych i dzielnych chłopa, by wywalczyć je z powrotem. Sam wiesz, że są one niezmiernie ważne, a Mahbub Ali nie wiedział, gdzie ty się znajdujesz.
— Mahbub Ali miał splądrować dom sahiby? Zwariowałeś, babu! — ozwał się Kim z oburzeniem.
— Potrzeba mu było papierów. A przypuśćmy, że ona je skradła? Był to pomysł jedynie praktyczny, moim zdaniem. Nie podoba ci się... hę?
Przysłowie ludowe — nie dające się powtórzyć — ujawniło całą krańcowość odmiennych zapatrywań Kima.
— No, niech ci będzie! — rzekł Hurree, ruszając ramionami — trudno tu liczyć się z gu-ustem. Mahbub też się rozeźlił. Posprzedawał tu naokoło wszystkie swe konie, a powiada, że stara jejmość jest pukka (mocno, tęgo, całkiem) starego pokroju i nie dopuściłaby się tak nieszlachetnych sprawek. Ja o to nie dbam. Zdobyłem papiery i byłem rad moralnej pomocy ze strony Mahbuba. Powtarzam ci, że jestem człek bojaźliwy, ale im większego mam pietra, zawsze tak czy inaczej wpadam w gorsze tarapaty. Dlatego to cieszyłem się, że poszliście ze mną do Chini, a teraz cieszę się, że Mahbub był tuż koło mnie. Stara jejmość często odnosi się w sposób wielce grubiański do mnie i moich świetnych pigułek.