— Niechże się Allach zmiłuje! — rozweselił się Kim wsparty na łokciu. — Jakąż to dziwną bestyją jest taki sobie babu! I ten to człowiek szedł sam jeden... jeżeli szedł... w towarzystwie dwóch obrabowanych i rozjuszonych cudzoziemców!

— Oo! To był-ło błahostką... skoro mnie już zaprzestali bić. Ale gdybym zgubił papiery, byłaby to sprawa nader poważna. Mahbub o mało co też mnie nie obił, a potem poszedł do lamy i bez końca świecił mu bakę258. Odtąd już poświęcę się całkiem badaniom et-tnologicznym. A teraz do widzenia, panie O’Haro. Przy dobrym pośpiechu zdążę jeszcze na pociąg odjeżdżający do Umballi o 4.25 po południu. Będzie to beczka śmiechu, gdy zejdziemy się u pana Lurgana i zaczniemy opowiadać nasze przygody. Lepiej może, gdybym zameldował cię oficja-alnie. Do widzenia, kochany mój koleżko, a na przyszły raz, gdy cię porwie pas-sja, bądź łaskaw nie używać wyrażeń mahometańskich, mając na sobie strój tybetański.

Uścisnął mu dwukrotnie prawicę — prawdziwy babu po same obcasy — i otworzył drzwi. Zaledwie na jego jeszcze triumfującą twarz upadły promienie słoneczne — przeobraził się z powrotem w skromnego olejkarza dakkańskiego.

„On ich złupił... — myślał Kim, zapominając o własnym uczestnictwie w tej grze. — Wywiódł ich w pole! Łgał im w żywe oczy, jak to potrafi Bengalczyk. Oni mu dali czit (zaświadczenie). Kpił sobie z nich, choć mógł lada chwila przypłacić to życiem (ja za nic w świecie nie poszedłbym do nich po owej strzelaninie z pistoletów)... A mimo tego on powiada, że jest człowiekiem bojaźliwym. Muszę wydostać się znowu na świat”.

Zrazu nogi mu się uginały jak kiepskie cybuchy, a struga powietrza rozedrganego blaskami słonecznymi prawie go oszołomiła. Przykucnął pod bielonym murem i jął rozpamiętywać bezładnie zdarzenia z czasów długiej podróży na dooli; przychodziły mu na myśl wszystkie zasłabnięcia lamy, następnie zaś, gdy przeminęło podniecenie wywołane rozmową, rozczulił się nad sobą samym, do czego, jak każdy chory, bardzo był teraz skłonny. Rozpętana myśl rwała się na wszystkie strony jak nieujeżdżony koń, co raz ukłuty ostrogą, narowi się od niej. Wystarczyło mu, aż nadto wystarczyło, że zdobyczna zawartość kilty już nie była w jego rękach ani pod jego opieką... że poszła sobie precz. Próbował myśleć o lamie... dociec, w jakim celu rzucił się do strumienia... lecz wielkość świata widzianego przez podwórzowe furty zatarła wszelkie skojarzenia myśli. Wówczas jął się przyglądać drzewom i rozległym niwom, kędy wśród zbóż dostałych259 kryły się chałupy poszyte słomą... przyglądał się zdziwionymi oczyma, niezdolnymi pojąć rozmiarów, ustosunkowań i przeznaczenia poszczególnych przedmiotów... Wytrzeszczał tak oczy w cichości przez dobre pół godziny. Przez cały ten czas doznawał uczucia — niedającego się wyrazić słowami — że dusza jego zatraciła łączność ze swym otoczeniem... była takim sobie kółkiem zębatym niepołączonym z żadną maszynerią, zupełnie jak to leżące bezczynnie w kącie koło zębate od lichej sieczkarni beheeańskiej, która służyła do miażdżenia trzciny cukrowej. Wachlowały go wietrzyki, papużki go nawoływały, tuż za nim rozbrzmiewały hałasy ludnego domostwa: kłótnie, rozkazy i wymyślania... wszystko to na próżno uderzało o jego niby martwe uszy.

„Jestem Kim. Jestem Kim. A kimże jest Kim?” — powtarzała jego dusza raz po raz, bez ustanku.

Nie miał ochoty beczeć (nigdy w życiu nie odczuwał nawet potrzeby wybeczenia się) — ale naraz ni stąd ni zowąd zaczęły mu ciec po nosie niewymuszone, dziecinne łzy i poczuł, że kółka jego istoty z prawie dosłyszalnym tyktaniem260 jęły zaczepiać się na nowo o świat zewnętrzny. Przedmioty, które przed chwilą mknęły niby niedorzeczne majaki przed jego źrenicą, teraz wróciły do właściwych celów i wymiarów. Zaczął zdawać sobie sprawę, że drogi są na to, by nimi chodzić, domy na to, by w nich mieszkać, bydło — by je gnać, pola — by je uprawiać, a mężczyźni i kobiety — by z nimi gwarzyć. Wszystko to stało się prawdziwe i rzeczywiste... silnie postawione na nogach... całkiem zrozumiałe... z tej samej, co on, gliny — ni mniej ni więcej... Otrząsnął się, jak pies ukąszony w ucho przez pchłę i dunął w świat przez furtę. Sahiba, której bacznemu wzrokowi nie uszły te wagary, rzekła na to:

— Niechże se idzie. Zrobiłam, co do mnie należało; matka Ziemia powinna dokonać reszty. Gdy mąż święty wróci z rozmyślań, opowiedzcież mu o tym.

O jakie pół mili dalej, na wzgórku, stał pusty wasąg261, do jakich zaprzęgają bawoły — oparty o młode drzewo figi indyjskiej, które stało tu niejako na straży ponad kilku świeżo zoranymi spłachciami roli. W miarę, jak Kim zbliżał się ku niemu, zaczęły mu coraz bardziej ciężyć źrenice skąpane w łagodnym powietrzu. Gleba tu była dobra, czysta i sypka — nie była to młoda ruń, która żyjąc, obumiera już na poły, lecz pełen nadziei pył, który kryje w sobie zarodki wszelkiego życia. Czuł go między palcami swych nóg, głaskał go dłońmi, aż na koniec, układając wśród rozkosznych westchnień członek za członkiem, legł jak długi w cieniu wasąga zbijanego drewnianymi kołkami.

A macierz-Ziemia była tak wierna jak sahiba. Przesycała go swym tchnieniem, by przywrócić mu równowagę, którą był utracił, leżąc tak długo na tapczanie, w odcięciu od jej dobroczynnych prądów. Głowa jego spoczęła bezwładnie na Jej piersi, a rozłożone ręce poddawały się Jej sile. Silnie rozgałęzione drzewo nad jego głową262, a nawet to martwe, przez człowieka ociosane drewno, znajdujące się tuż przy nim, wiedziało, czego Kim poszukiwał, choć on sam sobie tego nie uświadamiał. Leżał tak godzinę za godziną pogrążony w bezruchu głębszym od snu.