Pod wieczór, gdy kurz wzbity przez powracające bydło przesłonił szarymi kłębami cały widnokrąg wokoło, nadciągnęli lama i Mahbub Ali, obaj pieszo. Szli z wolna i uważnie, bo w domu opowiedziano im, gdzie podążył chłopak.
— Allach! Co za głupi pomysł tak się bawić na otwartym polu! — mruczał koniarz. — Mogli go tu zastrzelić ze sto razy... ale to nie pogranicze!
— Dodam — mówił lama, powtarzając po raz setny jedną i tę samą śpiewkę — że nigdy nie było takiego cheli. Wstrzemięźliwy, łagodny, rozsądny, nieżywiący zawiści, wesoły w drodze, pamiętający o wszystkim, uczony, prawdomówny, uprzejmy. Wielka będzie jego zapłata.
— Znam tego chłopca... Jużem o tym mówił.
— I miał on te przymioty?
— Niektóre... ale nie znam jeszcze takiego czaru twojego, Czerwony Kapeluchu, który by go uczynił całkowicie prawdomównym. Zapewne go tu dobrze pielęgnowano.
— Sahiba ma złote serce — rzekł lama poważnie. — Ona czuwa nad nim jak nad rodzonym synem.
— Hm! Pół Hindu (Indii), zdaje się, podziela jej uczucie. Ja ze swej strony chciałbym się tylko przekonać, że chłopakowi nie stało się nic złego i że działał na własną rękę. Jak ci wiadomo, byłem mu z dawna przyjacielem, jeszcze w początkach waszej wspólnej pielgrzymki.
— To właśnie jest węzłem pomiędzy nami — mówił lama, siadając. — Jesteśmy już u kresu pielgrzymki.
— Nie sobie masz to do zawdzięczenia, że twoja pielgrzymka nie zakończyła się raz na zawsze... tydzień temu. Słyszałem, co ci powiedziała sahiba, gdyśmy cię przynieśli do łóżka.