— Dobrze mówisz. Bałem się, że on może dosiadzie Mahometowego rumaka i uleci na koniec świata.

— Nie... on powinien iść w świat jako nauczyciel.

— Aha! Teraz widzę, o co idzie! Niezła to przechadzka dla tego źrebięcia. Jużci, że powinien iść w świat jako nauczyciel. Na ten przykład bardzo by się przydał jako pisarz w służbie państwowej.

— Do tego zawodu go przysposabiano. Zdobyłem sobie zasługę tym, że dałem nieco grosza na jego kształcenie. Dobry czyn nie idzie na marne. On w zamian pomagał mi w moich poszukiwaniach, ja zaś w jego zachodach. Sprawiedliwe jest Koło, o handlarzu koni z północy. Niech sobie będzie nauczycielem czy pisarzem... o cóż ci chodzi? I tak w końcu uzyska wyzwolenie. Reszta jest mamidłem.

— O co chodzi? Przecież muszę go mieć przy sobie przez sześć miesięcy za Balkh! Przybyłem tu z dziesięciu kulawymi szkapami i trzema barczystymi chłopami... za przyczyną tego tchórzliwego babu... ażeby przemocą wyrwać chorego chłopaka z domu starej kobyły. Zdaje się, że doczekam się tego, iż za sprawą starego Czerwonego Kapcylindra młody sahib zostanie uniesiony do jakiegoś tam (Allachowi to jeno wiadomo) pogańskiego nieba... i pomyśleć, że uważano mnie w Grze za nie byle jakiego partnera. Ale ten wariat kocha tego chłopca, a ja też chyba musiałem do cna postradać zmysły!

— Co to za modlitwa? — zagadnął lama, gdy chropawa gwara pashtu burczała w gęstwie czerwonej brody.

— O, to zgoła nic ważnego; ale odkąd zrozumiałem, że chłopak, pewny raju, może wstąpić w służbę rządową, zrobiło mi się lżej na duszy. Muszę się udać do swych koni. Już robi się ciemno. Nie budź go. Nie pragnę słyszeć, że nazywa cię on swym mistrzem.

— Ależ on jest naprawdę mym uczniem. Jakżeby nie?

— Opowiadał mi o tym — odrzekł Mahbub, tłumiąc w sobie uczucie nudy i powstał, śmiejąc się. — Wyznaję zgoła inną wiarę niż ty. Czerwony Kapcylindrze... jeżeli taka błahostka cię obchodzi.

— To nic — rzekł lama.