— Myślę, że nic. Przeto cię to nie wzruszy, człowiecze bezgrzeszny, świeżo wymyty i w dodatku o mało nie utopiony, gdy nazwę cię poczciwcem... wielkim poczciwcem. Nagadaliśmy się z sobą przez cztery czy pięć wieczorów, a choć jestem szkapowłókiem, to jednak potrafię, jak to mówią, dojrzeć świętość poza końskimi kulasami; ba, nawet potrafię wymiarkować, czemu to Przyjaciel całego świata przede wszystkim tobą się tak zajmuje. Obchodź się z nim dobrze i pozwól mu puścić się znów w świat jako nauczycielowi, skoro... opłuczesz mu już nogi, jeżeli to ma być odpowiednią kuracją dla tego źrebięcia.
— Czemu nie pójdziesz sam drogą zbawienia, by w ten sposób towarzyszyć chłopcu?
Mahbub wybałuszył oczy zdumiony niezwykłą bezczelnością tego zapytania, za które po drugiej stronie granicy zapłaciłby czymś więcej niż uderzeniem. Wnet jednak cała zabawność słów powyższych poruszyła jego zgoła świecką duszę.
— Pomalutku... pomalutku... jedną nóżką na raz, tak jak doszedł do celu kulawy wałach na wyścigach w Umballi. Wolę dojść do raju nieco później... tymczasem mam jeszcze wiele zajęć... wielkie wyprawy... i zawdzięczam je twojej prostoduszności. Tyś nigdy nie kłamał?
— Na cóż się to przyda?
— Słuchaj go, o Allachu! „Na cóż to się przyda”... na tym świecie, który stworzyłeś!?... I nigdy nie wyrządziłeś nikomu krzywdy?
— Raz... i to piórnikiem... zanim jeszcze doszedłem do rozumu.
— Tak? Mam o tobie tym lepsze wyobrażenie. Twoje nauki są dobre. Zawróciłeś pewnego znajomego mi człowieka z drogi niesnasek — tu roześmiał się na całe gardło. — Człek ten przybył tu w szczerym zamiarze dopuszczenia się dacoity (rozboju). Taki chciał rżnąć, grabić, zabijać i uprowadzać, czego dusza zapragnie.
— Jakże wielka to głupota!
— O! I do tego niestarta hańba! Tak sobie pomyślał ów człowiek, gdy zobaczył się z tobą... i z kilku innymi osobami, zarówno rodzaju męskiego jak i żeńskiego. Przeto poniechał tego zamiaru, a teraz postanowił obić sążnistego264 a miąższego265 babu.