— A jakże! — zachichotał wiarus. — Trzej rotmistrze w trzech pułkach! Trochę szulerzy, ale i jam od nich nie lepszy. Muszą jeździć na pięknych rumakach, a przecież nie można tak zdobywać koni, jak w dawnych latach zdobywało się kobiety. No, no, moje gospodarstwo mogłoby opędzić wszystkie wydatki. Jak ci się zdaje? Jest to szmat żyznej ziemi, ale moja czeladź mnie podbiera. Ja nie umiem niczego dochodzić, chyba ostrzem lancy. Uuch! Srożę się i klnę, co wlezie, a oni udają skruchę, lecz poza plecami przezywają mnie starym, bezzębnym małpiszonem.

— Czy nigdy nie tęskniłeś do niczego innego?

— O tak!... Tak!... Po tysiąc razy! Jeszcze bym raz chciał mieć grzbiet prosty i zwierające się kolana... żwawy kułak i bystry wzrok... i ten szpik w kościach, co człeka robi silnym... O dawne lata... szczęśliwe lata, gdym był krzepki i zdrowy!

— Ta krzepkość jest słabością.

— Na to ona zeszła; ale pięćdziesiąt lat temu pokazałbym co innego! — odrzekł stary wiarus, bodąc kantem strzemienia wychudły bok kucyka.

— Ale ja wiem o rzece wielkich uzdrowień.

— Piłem ci ja wodę z Gungi (Gangesu), co się zmieści, aż mi brzuszysko napęczniało. Nabawiłem się ino biegunki, a nijakiej tam siły mi nie przybyło.

— To nie o Gangesie mowa. Rzeka, o której wiem, zmywa wszelką zmazę grzechu. Wyszedłszy na brzeg przeciwległy, jest się pewnym wybawienia. Nie znam twego życia, lecz twarz twoja świadczy, żeś zacny i uprzejmy. Trzymałeś się swojej drogi, okazując wierność wówczas, gdy ciężko było trwać w wierności... w owym „Czarnym Roku”, o którym przypominam sobie teraz jeszcze inne opowieści. Wejdź teraz na drogę pomierną60, która jest ścieżką zbawienia. Słuchaj najwznioślejszego prawa, a nie idź za mrzonkami.

— Mów więc, staruszku — uśmiechnął się wiarus, salutując z lekka. — Wszyscy w tym wieku stajemy się gadułami.

Lama przysiadł pod osłoną drzewa mangowego, którego cień igrał mu różnowzorowymi cętkami po twarzy; wiarus siedział prosto jak pieniek na kucyku, a Kim, upewniwszy się, że tu nie ma wężów, położył się na kłębowisku splątanych korzeni.