Skroś jasnej spieki słonecznej rozbrzmiewał gnuśny szmer drobnego życia, gruchanie gołębi i senny pobrzęk kołowrotów studziennych pośród pól. Lama jął mówić powoli i z przejęciem. Po upływie dziesięciu minut wiarus ześliznął się z kucyka, by lepiej dosłyszeć (jak mówił), i usiadł, owinąwszy uzdę dokoła przegubu ręki. Głos lamy załamywał się — okresy zdaniowe się wydłużały. Kim tymczasem uważnie śledził szarą wiewiórkę. Gdy mały, przekorny kłębuszek sierści znikł, przywarłszy gdzieś do gałęzi, kaznodzieja i słuchacz spali już jak zabici; stary oficer przyhołubił na ramieniu swą mocno pokiereszowaną głowę, a lama oparł swoją na wznak o pień drzewa, gdzie połyskiwała niby żółtawa kość słoniowa.
Skądsi przykatulał się mały, naguśki berbeć, wytrzeszczył ślipięta61 i tknięty nagłym odruchem szacunku złożył lamie uroczysty ukłon... atoli malec był tak krótki i tłusty, że przewrócił się przy tym w bok, a Kim zaczął się śmiać z jego grubych nóżąt fikających w powietrzu. Dziecko, przestraszone i obudzone, zaczęło drzeć się wniebogłosy.
— Hej, hej! — ozwał się wiarus, zrywając się na równe nogi. — Co się stało? Jakie rozkazy? To... dziecko! Śniło mi się, że to alarm. No, maluśki... malunki... nie becz... Czy spałem? To doprawdy bardzo niegrzecznie z mej strony!
— Ja się boję, ja się boję! — zarykiwał się dzieciak.
— Czego tu się bać? Dwóch dziadów i chłopca? Jaki z ciebie będzie kiedyś żołnierz, paniczku?
Lama też się obudził, lecz nie zwracał uwagi na dziecko i tylko klepał różaniec.
— Co to? — zapytało dziecko, zaprzestawszy nagle beków. — Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Daj mi ten dzyndzyk.
— W sam raz! — odrzekł lama, uśmiechając się i powlókł całym sznurkiem paciorków po murawie, nucąc:
Pęczek rzeżuchy i osełka ghi62,
Garsteczka ryżu i jagły