Nie była bynajmniej ponętna, ale Anglik, zebrawszy cugle, nazwał ją Księżycem Raju, Kusicielką Niewinności i innymi jeszcze fantastycznymi przydomkami, które w dwójnasób napełniły ją radością.
— A to ci dopiero hultaj! — ozwała się. — Wszyscy policjanci to hultaje, ale policjanci-wallah (zawodowi) są najgorsi. Hej, mój synu, nie nauczyłeś się tego dopiero po przyjeździe z Belaitu (Europy). Któż to cię wykarmił?
— Pahareen, góralka z Dalhousji, moja matko. Ukryj w cieniu swą krasę, o Rozdawczyni Rozkoszy! — i odjechał.
— On jest z tych... — zaczęła tonem subtelnego sądu i zapchała sobie usta betelem. — On jest z tych, co dbają o sprawiedliwość. Inni, świeżo przybyli z Europy, wykarmieni przez białe kobiety i z książek uczący się naszych języków, są gorsi od zarazy. Oni krzywdzą królów.
I opowiedziała wszem wobec długą a długą gawędę o żółtodziobym policjancie, co to w jakimś błahym sporze granicznym pomieszał szyki pewnemu pomniejszemu radży z pogórza, który był dla niej dziesiątą wodą po kisielu; w całą opowieść wplatała cytaty z dzieła bynajmniej nie pobożnego.
Potem napadły ją inne fochy: rozkazała jednemu z przybocznych, by zapytał, czy lama raczy iść koło niej i roztrząsać zagadnienia religijne. Wtedy Kim z wolna cofnął się w kłąb kurzawy i powrócił do swej trzciny cukrowej. Przez godzinę albo i więcej pirogowaty kapeluch lamy przebłyskiwał jak księżyc skroś mgły; a Kim z tego, co doszło do jego uszu, nabrał przekonania, że stara jejmość płacze. Jeden z Oriasów omal że się usprawiedliwiał ze swego grubiaństwa, okazanego w nocy ubiegłej, mówiąc, że nigdy nie widział swej pani w tak łagodnym usposobieniu: przypisywał to obecności cudzoziemskiego kapłana. On sam osobiście wierzył w braminów, choć jak wszyscy krajowcy dobrze widział ich chytrość i chciwość; atoli, skoro bramini żebrackimi żądaniami tylko drażnili teściową jego pana, a ona odprawiła ich w takim gniewie, że ci rzucili klątwę na cały orszak (to było istotną przyczyną, że drugi byczek po prawej stronie zaprzęgu okulał, a zeszłej nocy złamał się dyszel), gotów był zgodzić się na byle jakiego kapłana o innym tytule z Indii albo spoza Indii. Kim mu przytakiwał, kiwając mądrze głową i zwrócił uwagę Oriasowi, że lama nie bierze pieniędzy i że koszt wyżywienia jego i Kima będzie stokrotnie wynagrodzony szczęściem, jakie odtąd oczekuje całą karawanę. Opowiedział też różne zdarzenia z miejskiego życia Lahory i zaśpiewał kilka piosenek, które eskortę pobudziły do śmiechu. Jako bywalec miejski, doskonale znający najnowsze piosenki najmodniejszych kompozytorów (a w większej jeszcze mierze kompozytorek), Kim miał stanowczą przewagę nad mieszkańcami małej i pełnej sadów wioski koło Saharunpore, ale wyższość tę uważał za rzecz samo przez się zrozumiałą.
W południe zeszli z drogi, aby się posilić, a obiad był dobry, obfity i pięknie podany na talerzach z czystej blachy, zupełnie przyzwoicie, z dala od tumanów kurzawy. Ochłapy oddali kilku żebrakom, żeby życzenia wszystkich mogły być zaspokojone, po czym zasiedli do długiego i rozkosznego palenia fajek. Stara jejmość schowała się za kotarami, niemniej jednak z całą swobodą wtrącała się do, rozmowy, a służba spierała się z nią i przekomarzała, jak to jest zwyczajem służby wszędzie na Wschodzie. Pani porównywała chłód i sosny z gór Kangra i Kulu z pyłem i mangowymi drzewami południa; opowiedziała baję o kilku starych bożkach krajowych znad granicy posiadłości jej męża; zrzędziła ustawicznie na tytoń, który paliła, złorzeczyła braminom i bez ogródek obmyślała sposoby, jakby mieć wielu wnuków.
Rozdział V
Oto wróciłem znów do mojej włości,
Zaznałem jadła, względów, litości,