— Kogo on miał na myśli, pisząc o synu swego zwierzchnika? — zapytał Dan.

— Myślał o Teodozjuszu, cesarzu rzymskim, synu owego Teodozjusza, pod którego rozkazami walczył niegdyś w czasie wojny z Piktami. Dwaj ci ludzie nigdy się nie lubili, a gdy Gracjan zamianował młodszego Teodozjusza cesarzem Wschodu (przynajmniej takie mnie doszły słuchy), Maximus rozpoczął wojnę z synem swego zwierzchnika. To było jego fatum153 i przyczyną jego upadku. Ale cesarz Teodozjusz, o ile mi wiadomo, to dobry człowiek.

Parnezjusz zamilkł na chwilę, a potem znów podjął opowieść:

— Odpisałem Maximusowi, że choć na razie mamy na Wale spokój, jednak byłbym wielce rad, gdybym miał nieco więcej ludzi i kilka nowych katapult. On mi na to odpowiedział: „Musicie jeszcze czas jakiś poczekać w cieniu mych laurów, póki nie zmiarkuję, co zamierza młody Teodozjusz. Może powita we mnie kolegę-cesarza, ale być też może, że zbroi się przeciwko mnie. Tak czy owak, nie mogę w chwili obecnej dać wam ani jednego żołnierza”.

— Ależ on zawsze to samo pisał — zauważyła Una.

— To prawda. Nie usprawiedliwiał się przed nami i powiadał, że dzięki wieściom o jego zwycięstwach mieliśmy przez długi, długi czas zapewniony spokój na Wale. Piktowie wypaśli się jak ich własne owce na wrzosowiskach, a garstka żołnierzy, jaka przy mnie została, wyćwiczyła się doskonale w sztuce wojennej. Zresztą i Wał miał wygląd obronny i warowny. Ja jednak zdawałem sobie sprawę, jak słabi jesteśmy w istocie. Wiedziałem, że gdyby nawet fałszywa wieść o jakiejś klęsce Maximusa dotarła do Skrzydlatych Kołpaków, oni by tu na pewno zawitali z poważniejszą siłą, a wtedy... a wtedy... Wał musiałby runąć! Na Piktów nie zważałem wcale, ale w ciągu lat ubiegłych zapoznałem się po trosze z siłą Skrzydlatych Kołpaków. Siła ta rosła z dniem każdym, ja natomiast nie mogłem powiększyć liczby mych żołnierzy... Maximus ogołocił z ludzi Brytanię na naszych tyłach, a ja sam czułem się jako człowiek stojący ze spróchniałym kijem przed połamaną zagrodą i zamierzający odpędzać rozjuszone byki... Takie, moi drodzy, mieliśmy życie na Wale... oczekując, oczekując i oczekując posiłków, których Maximus ani myślał nam przysyłać. Nagle doniósł nam, że przygotowuje armię przeciwko Teodozjuszowi. Takie to słowa odczytał mi przez ramię Pertinax, gdyśmy byli razem na naszej kwaterze: „Powiedz ojcu, że fatum zmusza mnie do tego, bym poganiał trzy muły, bo inaczej one rozedrą mnie na strzępy. Mam nadzieję, że w ciągu roku uporam się raz na zawsze z Teodozjuszem, synem Teodozjusza. Wówczas ty dostaniesz w zarząd Brytanię, a Pertinax, jeśli będzie miał ochotę, zostanie namiestnikiem Galii. Dziś chciałbym mieć was przy sobie, byście zaprowadzili ład w moich wojskach posiłkowych. Proszę was, nie dawajcie wiary pogłoskom o mej chorobie. Wprawdzie jakieś tam drobne licho siedzi w mym cielsku, ale wyleczę się żwawą konną przejażdżką do samego Rzymu”.

Wówczas rzekł Pertinax: „Z Maximusem już kaput! Pisze jak człek obłąkany. Widzę to dobrze, bom sam już ogarnięty rozpaczą. A cóż to on zamieścił w dopisku? »Powiedz Pertinaxowi, że spotkałem się z nieboszczykiem jego wujem, duumwirem w Divio, i że otrzymałem od niego dokładne wyrachowanie z pieniędzy należących się jego matce. Wyprawiłem ją z odpowiednią eskortą, jako matkę bohatera, do Nicei, gdzie klimat jest cieplejszy«”.

„Oto masz dowód — rzekł Pertinax. — Nicea154 jest już niedaleko od Rzymu. W razie wojny matka może wsiąść na okręt i uciec do Rzymu. Tak jest, Maximus przewiduje śmierć rychłą i dlatego spełnia kolejno wszystkie swoje obietnice! W każdym razie cieszę się, że wuj mój się z nim spotkał”.

„Czy dziś napastują cię czarne myśli?” — zapytałem.

„Czarne czy nie czarne, ale prawdziwe — odrzekł Pertinax. — Bogom sprzykrzyła się ta gra, którą wiedliśmy przeciw nim. Teodozjusz rozbije Maximusa. Wszystko skończone!”