„Myśl raczej o tym, jakie wojska przyśle Teodozjusz” — odpowiedziałem. Zaśmiali się, ale widziałem, że rzucony od niechcenia pocisk trafił w samo sedno.
Odeszli skwaszeni. Jeden tylko Allo ociągał się nieco.
„Widzicie — ozwał się łypiąc i mrugając oczyma — nie jestem dla nich niczym więcej jak psem... i jak psa mnie kopną, gdy wskażę ich wojownikom tajne przejścia przez nasze trzęsawiska”.
„Wobec tego ja na twoim miejscu nie śpieszyłbym się zanadto z pokazywaniem owych dróg tajemnych, póki bym się nie upewnił, że Rzymianie nie zdołają obronić Wału”.
„Tak myślisz?... O biadaż mi! — zawołał starowina. — Jam chciał tylko zapewnić pokój memu ludowi!” I pobiegł za wysokimi postaciami Skrzydlatych Kołpaków potykając się i zataczając w śniegu.
W ten to sposób, z wolna, dzień za dniem (co najgorszą bywa rzeczą dla wojsk żyjących w niepewności), zbliżała się do nas wojna. Najpierw Skrzydlate Kołpaki wtargnęły do nas od strony morza, jak to bywało dawniejszymi czasy, a my też przywitaliśmy ich po staremu... katapultami. Ponieśli ciężkie straty, jednakże przez długi czas nie ufali snadź swym kaczym nogom, bo nie pojawiali się od strony lądu. Przypuszczam, że gdy doszło do próbowania tej drogi, Drobny Lud bał się albo wstydził pokazywać im tajne przejścia wśród wrzosowisk. Tak przynajmniej wymiarkowałem z zeznań jednego z jeńców piktyjskich. Mieliśmy wśród nich zarówno szpiegów, jak i wrogów, bo Skrzydlate Kołpaki uciskały ich, ograbiając doszczętnie z zimowych zapasów. Głupie, małe plemię!
Potem Skrzydlate Kołpaki zaczęły nas naciskać z obu stron Wału. Wysłałem gońców na południe, by dowiedzieć się, co słychać w Brytanii, ale po opustoszałych stanicach, gdzie dawniej przebywało wojsko, rozpanoszyły się w ową zimę wilki, toteż nie powrócił do nas żaden z wysłańców. Poza tym mieliśmy wiele kłopotu z paszą dla koni. Trzymałem ich dziesięć, tyleż miał i Pertinax. Dnie i noce spędzaliśmy w siodle, jeżdżąc to na wschód, to na zachód, a żywiliśmy się mięsem wybrakowanych koni. Ludność miejska też nam przyczyniała niemało zgryzoty, więc spędziliśmy ją całą do jednej kwatery za Hurmo. Wznieśliśmy mur po obu jej stronach, tworząc coś w rodzaju fortecy. Nasi ludzie lepiej walczyli w zwartym szyku.
Pod koniec drugiego miesiąca pogrążyliśmy się w wojnie tak głęboko, jak człowiek pogrąża się w sen lub zaspę śniegową. Zdaje mi się, żeśmy walczyli i we śnie. Wiem tylko, żem chodził tam i z powrotem po Wale, nie mogąc sobie nic poza tym przypomnieć, choć gardło mi ochrypło od dawania rozkazów, a miecz, jak miarkowałem, pracował uporczywie.
Skrzydlate Kołpaki walczyły jak wilki — gromadą. A gdzie ponosili największe straty, tam właśnie nacierali najzażarciej. Ta więc okoliczność, choć utrudniała nam obronę, nie pozwoliła im na wtargnięcie do Brytanii.
W owych to dniach wypisywałem wraz z Pertinaxem na bruku przed cegielnym łukiem wiodącym do Walencji nazwę każdej ze zwalonych wież oraz datę jej runięcia; pragnęliśmy mieć jakąś pamiątkę...