A walka? Najzawzięciej walczono zazwyczaj po obu stronach posągu bogini Romy, tuż obok domu Rutilianusa. Na światłość słoneczną! Ten stary grubas, któregośmy w ogóle nie brali pod uwagę, nagle ocknął się i odmłodniał wśród grania surm bojowych! Przypominam sobie, iż twierdził, jakoby miecz jego był wyrocznią! „Poradźmy się wyroczni! — mawiał, przykładając jego rękojeść do ucha, i kiwał poważnie głową. — Dziś jeszcze pozwolono żyć Rutilianowi!” — powiadał i podkasując płaszcz, sapiąc i dysząc, stawał mężnie do walki. Tak, tak! Mieliśmy spory zapas żartów i figlików... które nam miały zastępować topniejące z każdym dniem zapasy żywności...
Tak wytrzymaliśmy dwa miesiące i dni siedemnaście. Nacierano na nas coraz ciaśniejszym pierścieniem... coraz mniej miejsca nam pozostawało. Kilka razy Allo przysyłał nam wiadomość, że odsiecz już nadciąga. Nie wierzyliśmy tym wieściom, ale nasi żołnierze czerpali z nich otuchę.
Przyszedł wreszcie i koniec... nie wśród radosnych okrzyków, ale, podobnie do wszystkich poprzednich wypadków, jakby we śnie... Skrzydlate Kołpaki ni stąd, ni zowąd pozostawiły nas w spokoju przez całą noc, a potem przez dzień cały... Zbyt długa to była przerwa dla ludzi wycieńczonych do ostatka. Spaliśmy zrazu lekkim snem, gotowi zerwać się każdej chwili, potem jednak straciliśmy wszelką świadomość ileżeliśmy bezwładnie jak kłody. Oby nigdy wam nie zdarzyło się spać snem takim! Gdyśmy się obudzili, nasze wieże były pełne obcych, zbrojnych ludzi, którzy przyglądali się nam, chrapiącym w najlepsze. Zbudziłem Pertinaxa i zerwaliśmy się razem na równe nogi.
„I cóż? — zawołał jakiś młodzian w błyszczącej zbroi. — Czy chcecie walczyć przeciw Teodozjuszowi?... Patrzcie!”
Spojrzeliśmy na północ... Jak zasięgnąć wzrokiem, śnieg czerwienił się od krwi, a Skrzydlatych Kołpaków nie było ani śladu. Spojrzeliśmy na południe: na białym śniegu — o dziwo! — widać było orły dwóch legionów stojących w pełnej liczbie obozem. Na wschód i na zachód od nas widać było walkę i pożogę, ale koło Hunno panowała cisza zupełna.
„Nie trwóżcie się! — rzekł ów młodzian. — Długie jest ramię Rzymu! Ale gdzież są naczelnicy tego Wału?”
„My nimi jesteśmy” — brzmiała nasza odpowiedź.
„Ależ wy jesteście starzy i siwowłosi! — zawołał nieznajomy. — Maximus powiadał, że oni są jeszcze młokosami!”
„Tak, było to prawdą parę lat temu — odparł Pertinax. — Nie mógłbyś nam powiedzieć, jaki nas los czeka, wytworny i dobrze wykarmiony dzieciaku?”
„Jestem Ambrozjusz, zaufany sługa cesarza — odpowiedział. — Pokażcie mi pewien list, pisany przez Maximusa w namiocie pod Akwileją, a może wam uwierzę”.