Wyjąłem list z zanadrza. Ambrozjusz przeczytał go, pozdrowił nas po wojskowemu i rzekł: „Los wasz od was zależy. Jeżeli zechcecie służyć Teodozjuszowi, otrzymacie odeń dowództwo legionu. Jeżeli zaś wolicie wrócić do domu, urządzimy wam triumf okazały”.

„Wolałbym łaźnię, wino, brzytwę, mydło, oliwę i wonności” — zaśmiał się Pertinax.

„O, teraz widzę, że jesteś młodzikiem! — zawołał Ambrozjusz. — A ty?” — zwrócił się do mnie.

„Nie żywimy złych zamiarów względem Teodozjusza, ale na wojnie...” — zacząłem.

„Na wojnie tak jak w miłości — przerwał Pertinax. — Wszystko, co się ma najlepszego, oddaje się tylko jednej, wybranej... mniejsza z tym, czy to zła, czy dobra osoba. Gdy już się raz to dało, nie pozostaje nic takiego, co by było godnym ofiarowania lub przyjęcia”.

„To prawda — odrzekł Ambrozjusz. — Byłem u Maximusa przed jego śmiercią. Uprzedzał Teodozjusza, że nie zechcecie mu służyć... a powiem wam szczerze, że współczuję mojemu cesarzowi”.

„Niech się tym pocieszy, że ma Rzym — odparł Pertinax. — Proszę cię, bądź łaskaw nam pozwolić, byśmy wrócili do domu i pozbyli się tego zapachu, który nas tu otacza”.

Nie przeszkodziło to jednak, że urządzono nam triumf...

— A był to triumf dobrze zasłużony! — ozwał się Puk, rzucając kilka listków w głąb marglowego dołu. Czarne, kleiste koła rozpełzły się na cichej wodzie przed oczyma dzieci.

— Ach, chcielibyśmy dowiedzieć się tylu jeszcze rzeczy! — zawołał Dan. — Co się stało ze starym Allem? Czy Skrzydlate Kołpaki jeszcze kiedy zawitały w te strony? A co porabiał Amal?