wydarty morskim lwom...
— Ale, ale!... Przecie to znam! — przerwał pan Ryszard. — Toż to stara śpiewanka, którą słyszałem za lat dawnych! Co za dziw! Nie, nie zatrzymuj się!
Pochylił się naprzód, a cienie listków pełzały i ślizgały się po jego kolczudze.
Orałem końmi ziemię,
lecz szczęścia nie miałem już,
bo w dom mój przybywali
żeglarze osiwiali,
wieść niosąc mi od mórz...
Ręka pana Ryszarda spoczęła na głowicy miecza.
— Wierę, to prawda! — zawołał. — Boć tak właśnie mnie się zdarzyło!