my — zmierzchłe cienie — wciąż się chełpimy:
iżeśmy wieczność zdobyli...
Dan miał trudności z łaciną i musiał zostać w domu, przeto Una poszła sama do Dalekiego Boru. W zachodniej połaci tego boru wznosił się odwieczny, strzaskany już śniat111 bukowy, w którego dziupli Dan ukrywał swą procą i ołowiane kulki sporządzone przez starego Hobdena. Zakątek ten nosił u dzieci nazwę wziętą z następującej zwrotki w „Pieśniach starożytnego Rzymu”:
Z wyniosłej Volaterry112,
gdzie groźnie spogląda od dawna
wzniesiona rękami olbrzymów
królewska wieżyca przesławna.
Dawnymi królami, „podobnymi do bogów”, byli oczywiście Dan i Una, a kiedy stary Hobden ułożył dla ich wygody spory stos chrustu wśród wielkich — drewnianym murom podobnych — odziemków Volaterry, jego pracowite dłonie zasłużyły sobie na nazwę „rąk olbrzymów”.
Una prześliznęła się przez dziurę w płocie, znaną jeno im dwojgu, i przez chwilę siedziała w milczeniu, poglądając tak groźnym i wyniosłym wzrokiem, na jaki tylko stać ją było. Albowiem Volaterra jest to ważna baszta-strażnica, która wznosi się ponad Dalekim Borem, jak sam Daleki Bór wznosi się nad zboczem wzgórza. U stóp jej widać było Pukową Górkę oraz wszystkie zakręty strumyka, począwszy od chmielników w pobliżu lasów willingfordzkich aż do chaty starego Hobdena przy kuźni. Koło Volaterrae zawsze bywa wietrzno, teraz zaś ciągnął wiatr południowo-zachodni od strony nagiego grzbietu górskiego, gdzie stoi wiatrak wesoło klekocący.
Szum wiatru, przemykającego się przez leśną gęstwinę, brzmi jak gdyby zapowiedź jakichś intrygujących zdarzeń i dlatego to miło jest podczas wichury stać na Volaterrae i wtórować huczącym żywiołom, śpiewając urywki wspomnianych „Pieśni”.