— A czym?

— Żarcikami i powiedzonkami, jakie bywają w każdej rodzinie; czy wy o tym nie wiecie?

— Że u nas są takie domowe żarciki, to wiemy, ale nie wiedziałam, że są one i w innych rodzinach — odpowiedziała Una. — Opowiedz mi o swej rodzinie! Proszę cię pięknie!

— Dobre rodziny są bardzo do siebie podobne. Matka siadywała wieczorami i przędła. Aglaja czytała w kącie; pater familias121 — czyli nasz ojczulek — prowadził rachunki domowe, a nasza czwórka hasała po korytarzach. Gdy nasze hałasy stawały się zbyt głośne, pater wołał: „Ciszej tam, ciszej! Czyście nigdy nie słyszeli, jaką władzę ma ojciec nad swymi dziećmi? Ma prawo nie tylko dać im w skórę, ale nawet je zabić... zabić na śmierć... a bogowie pochwalą w zupełności jego postępek!” Wówczas matka wykrzywiała znad kołowrotka swe kochane usteczka i odpowiadała: „Hm! Hm! Coś mi się zdaje, że nie bardzo się nadajesz na rzymskiego ojca rodziny!” Ojciec natychmiast zwijał swe rachunki i krzyczał: „Zaraz wam tu pokażę!” — ...a potem... a potem... zachowywał się jeszcze niesforniej niż my wszyscy!

— O tak! Tatusiowie to potrafią... jak im przyjdzie ochota! — odpowiedziała Una, a oczka jej zaiskrzyły się figlarnie.

— Czyż nie powiadałem, że we wszystkich porządnych rodzinach bywa mniej więcej podobnie?

— A cóż porabialiście w lecie? — zapytała Una. — Czy bawiliście się na dworze jak my?

— Tak jest, bawiliśmy się i chodziliśmy w odwiedziny do znajomych. Na Vectis nie ma wilków. Za to mieliśmy tam wielu przyjaciół i tyle kucyków, ileśmy tylko chcieli.

— Musiało tam być bardzo przyjemnie! — rzekła Una. — I czy zawsze tak było?

— O nie, dzieweczko. Gdy liczyłem sobie lat szesnaście czy siedemnaście, ojciec nabawił się podagry, więc pojechaliśmy do wód.