— Słuchajcie! Słuchajcie! Słuchajcie! — wołał Beetle, naśladując bidefordzkiego obwoływacza miejskiego. — Tulke ma prawo myśleć! Trzy „hura” dla Tulke’go!
Zabrzmiało trzykrotne hura.
— To nasz choleryczny podziw dla ciebie! — mówił Stalky. — Ty nie masz pojęcia, Tulke, jak my cię strasznie kochamy. My cię tak okropnie kochamy, że gdybyś to zrozumiał, to powinien byś iść do domu i wyciągnąć kopyta. Ty jesteś za dobry, Tulke, żebyś mógł żyć!
— Tak jest! — odezwał się M’Turk. — Zrób nam tę przyjemność i wyciągnij kopyta. Pomyśl, jak ci będzie w trumnie do twarzy.
Tulke pędem pobiegł pod górę z groźnym blaskiem w oku.
— Z pewnością wyniknie z tego zebranie prefektów — rzekł Stalky. — Dotknięty honor szóstej klasy i tak dalej. Tulke będzie przez całe popołudnie pisał zaproszenia, a Carson zawezwie nas po herbacie. Tym razem płazem tego nam nie puszczą.
— A załóż się ze mną o fajgla, że on poczłapie za nami! — odezwał się M’Turk. — To beniaminek Kinga i gdyby im się udało złapać nas na czymś, obaj cieszyliby się z naszych skalpów. Musimy uważać na siebie.
— Wobec tego ja proponuję, żebyśmy poszli do mamy Yeo na ostatnią ucztę. Jesteśmy jej winni około dziesięciu szylingów, a Mary będzie beczeć, jak się dowie, że już odjeżdżamy — namawiał Beetle.
— Ale ci mnie ostatnim razem ta Mary huknęła przez łeb! — zauważył Stalky.
— To się zdarza, jak się ją zaczepia — zauważył M’Turk. — Przeważnie jednak oddaje pocałunki. Chodźmy do mamy Yeo.