Skierowali się ku liczącemu z dwieście lat domostwu, na pół mleczarni, na pół restauracji, w głębi ciasnej i wąskiej uliczki. Chodzili tam, kiedy jeszcze byli mikrusami, stąd też, przez całą rodzinę lubiani, byli tam jak u siebie w domu.

— Przyszliśmy zapłacić długi, mamuńciu — mówił Stalky, obejmując ramieniem pięćdziesięciosześciocalową kibić gospodyni.

— Zapłacić długi, powiedzieć z Bogiem — i... i strasznie nam się chce jeść.

— Ejże! — zawołała mama Yeo. — Zalecanki do mnie? Z kimże w dyrdy? Wstydźcie się, smarkacze!

— Boga mego, nikt by się nie odważył, gdyby Maryśka tu była! — mówił M’Turk szerokim, północnodewońskim akcentem, jakiego chłopcy używali podczas swych wypraw.

— Któż to wzywa imienia mego na daremno?

Drzwi w głębi otwarły się i niosąc wazę ubitej śmietany weszła Mary, jasnowłosa, błękitnooka dziewczyna, rumiana jak jabłuszko. Beetle pocałował ją, za jego przykładem z zimną krwią poszedł Turkey. Obaj dostali natychmiast po szturchańcu.

— Nie całuje się nigdy dziewczyny, jak można pocałować samą gospodynię! — rzekł Stalky, mrugając bezczelnie jednym okiem na matkę Yeo i przeglądając równocześnie słoiki konfitur na półce.

— Cieszy mnie, że przynajmniej jednemu z was nieśpieszno, aby oberwać po buzi — odezwała się Mary, zwracając się ku niemu z wyzywającą miną.

— Wielkie rzeczy! Ja mogę się dać śmiało pocałować!