Pewien gazeciarz79 napisał w swojej gazecie: „Jedni mówią, że kardynał Mazarin umarł, drudzy, że żyje; nie wierzę ani w jedno, ani w drugie”.
Stary d’Arnoncourt zapisał kontraktem tysiąc dwieście franków renty pewnej dziewczynie na cały czas, przez który będzie go kochała. Rzuciła go lekkomyślnie, aby żyć z młodym człowiekiem, który, ujrzawszy ten kontrakt, umyślił wrócić mu moc. Zażądała tedy wypłaty ubiegłych rat, stwierdzając na pozwie, że zawsze kocha pana d’Arnoncourt.
Pytano pani de Rochefort, czy chciałaby znać przyszłość. „Nie, odparła, zbyt jest podobna do przeszłości”.
Namawiano księdza Vatry, aby się starał o miejsce wakujące w Collège Royal. „Pomyślimy o tym”, rzekł i nie czynił żadnych kroków. Miejsce otrzymał inny. Przyjaciel księdza biegnie do niego. — „No i co, widzisz, co wyprawiasz, nie chciałeś się starać o miejsce, i już je dano. — Już dano? odparł; w takim razie poproszę o nie. — Czyś ty oszalał? — Dalibóg, nie: miałem stu konkurentów, teraz mam tylko jednego”. Poprosił o miejsce i dostał je.
Pani pewna, mająca pretensję do salonu literackiego, powiadała o panu L...: „Nie mam o nim zbyt dobrego pojęcia: nie bywa u mnie”.
Ksiądz de Fleury kochał się w marszałkowej de Noailles, która nie chciała tego zauważyć. Został pierwszym ministrem; potrzebowała go, przypomniał jej dawną srogość: „Och, Ekscelencjo, rzekła naiwnie marszałkowa, któż byłby przewidział?”
Dziewczyna, spowiadając się, rzekła: „Wyróżniłam pewnego młodego człowieka. — Wyróżniłaś! Ile razy?” spytał ksiądz.
Mówiono księdzu Terrasson o jakimś wydaniu Biblii, chwaląc je bardzo. „Tak, rzekł, skandaliczny tekst zachowano w całej czystości”.
„Ty ziewasz, mówiła żona do męża. — Moje dziecko, odparł, mąż i żona to jedno; a ja, kiedy jestem sam, nudzę się”.
Maupertuis, wyciągnięty w fotelu i ziewając, mówił raz: „Chciałbym w tej chwili rozwiązać jakieś piękne zagadnienie, które by nie było zbyt trudne”. To go maluje całego.