Colbert powiadał, chwaląc przemyślność narodu, że Francuz zmieniłby skałę na złoto, gdyby mu pozwolono.

„Umiem sobie wystarczyć, powiadał N..., a w ostateczności umiałbym się obejść i bez siebie”. Chciał powiedzieć, że umiarłby bez żalu.

„Myśl, która wraca dwa razy w tym samem dziele, zwłaszcza w niewielkiej odległości, powiadał N..., przypomina mi owych ludzi, którzy, pożegnawszy się, wracają po szpadę lub kapelusz”.

„Gram w szachy po dwadzieścia cztery su partia w salonie, gdzie wstęp kosztuje sto ludwików” — powiadał pewien generał użyty w wojnie trudnej i niewdzięcznej, podczas gdy inni mieli kampanie łatwe i świetne.

Panna Duthé straciła kochanka, wieść o tym rozeszła się. Ktoś, odwiedziwszy pannę Duthé, zastał ją grającą na harfie i rzekł zdziwiony: „Och, Boże! a ja spodziewałem się zastać panią w rozpaczy. — Ha! rzekła patetycznie, trzeba mnie było widzieć wczoraj”.

Margrabina de Saint-Pierre, będąc w towarzystwie, słyszała jak mówiono, że pan de Richelieu miał wiele kobiet, ale nie kochał żadnej. „Nie kochał, nie kochał, tak się to mówi, rzekła; ja sama znam kobietę, dla której zrobił trzysta mil drogi”. Tutaj opowiada całą historię w trzeciej osobie i, poniesiona zapałem, kończy: „Bierze ją w ramiona, niesie do łóżka, no i zostaliśmy w nim całe trzy dni”.

Zadano drażliwe pytanie panu N..., który odpowiedział: „To są rzeczy, które wiem doskonale, kiedy się o nich nie mówi, ale zapominam ich, kiedy mnie ktoś o nie pyta”.

Margrabia de Choiseul-la-Baume, siostrzeniec biskupa Chalons, dewota i wielkiego jansenisty, będąc bardzo młody, zrobił się nagle bardzo smutny. Wuj jego, biskup, pyta o przyczynę. Powiada, że widział bardzo ładną cukierniczkę, którą chciałby mieć, ale że nie ma nadziei. — „Taka droga? — Tak, wuju: dwadzieścia pięć ludwików”. Wuj dał mu je pod warunkiem, że zobaczy tę cukierniczkę. W kilka dni potem zagaduje o nią siostrzeńca. — „Mam ją, wuju, i zobaczysz ją nie dalej jak jutro”. Pokazał mu ją w istocie, wychodzącą ze mszy w południe. To nie była porcelanowa cukierniczka, ale ładna żona cukiernika, znana później pod mianem pani de Bussi. Można sobie wyobrazić furię starego jansenisty.

Pytano kogoś, kto oddawał wysoką cześć kobietom, czy wiele ich miał. „Nie tyle, co gdybym je był lekceważył”, odparł.

Zarzucano pewnemu bystremu człowiekowi, że nie zna dobrze Dworu. Odparł: „Można być dobrym geografem nie wychodząc z domu. Pan d’Anville nie opuścił nigdy swego pokoju”.