Płonęłaś niby trawa w słonecznej pożodze.
Lecz cóż! — płonęłaś jedną tylko chwilkę...
Od żaru iskier, od gryzących dymów
Z głośnym pokrzykiem odleciało ptactwo...
Wracaj spokojna... Teraz już nie płoniesz
I nigdy już nie zapłoniesz...
Kochałaś, moje dziecię, lecz już nigdy
Nie zawoła cię głos miłości,
Moce twej duszy, jak znużone dzieci.
Które ktoś wtłoczył w twardą, szkolną ławkę,