Dzieci zamożnych gospodarzy, którym nie pozwolono brać w nim udziału, siedziały na płotach i ogrodzeniach patrząc na przechodzących. Malcy uwierzyć nie mogli, że taka gromada ludzi jest na tym świecie, taki tłum niezmierny. Wspomnienie tego korowodu poszukiwaczy na drodze, którą zazwyczaj kroczył jeno samotny wędrowiec, żebrak lub jechał wóz chłopski, napełniało im potem oczy łzami.
Mieszkający przy drodze wychodzili i pytali:
— Czy jakaś klęska nawiedziła okolicę? Czy wróg napadł na kraj? Dokądże to zdążacie, wędrowcy?
— Szukamy! — odpowiadali. — Od dwu dni szukamy i dziś jeszcze szukać będziemy, ale dłużej nie zdołamy wytrwać. Przetrząśniemy jeszcze las björeński i zalesione zbocze na zachód od Ekeby.
Pochód wyruszył z Nygardu, nędznej wioski w górach wschodnich. Znikła przed tygodniem piękna młoda dziewczyna o grubych, czarnych warkoczach i rumianych policzkach, miotlarka, z którą zaręczyć się miał Gösta, zabłądziła w wielkich lasach, od tygodnia jej nie widziano, przeto ludzie ruszyli na poszukiwanie, a do nich przyłączali się napotykani po drodze. Z każdego domu dołączył się ktoś do gromady.
Często pytał nowy przybysz:
— Jakże się to stało, ludzie nygardzcy? Czemuście pozwolili dziewczynie chodzić po obcych lasach? Bory ogromne, a Bóg odebrał jej rozum.
— Nikt jej nie ukrzywdzi, a ona też nie uczyniłaby nikomu nic złego. Chodziła bezpieczna jak dziecko, bo pod opieką bożą, i zawsze wracała.
Pochód przeszedł lasy wschodnie, dzielące Nygard od równiny, a teraz, trzeciego dnia, minąwszy kościół broeński kroczył ku lasom po zachodniej stronie Ekeby.
Wszędzie się dziwiono wielce, zawsze ktoś musiał przystawać i odpowiadać na pytania, czego szukają.