— Chodźmy do Ekeby! — zakrzyknęli wszyscy.
— Spytamy kawalerów, czemu szczuli psami obłąkaną, doprowadzając ją tym do rozpaczy. Biedne głodne dzieci nasze płaczą, podarliśmy odzież, owies się sypie, ziemniaki gniją, konie biegają luzem, krowy bez nadzoru, a my sami upadamy ze znużenia. Wszystko to ich wina! Chodźmy do Ekeby zrobić sąd nad nimi! Chodźmy do Ekeby!
— W tym roku klęski my, chłopi, wszystko znieść musimy. Ciężko nas gniecie ręka boża, a w zimie przyjdzie głód. Kogóż szukał Pan? Nie proboszcza z Broby, gdyż jego modlitwa została wysłuchana. Winni są na pewno kawalerowie! Chodźmy do Ekeby!
— Zniszczyli posiadłość, wygnali majorową na gościniec, z ich winy brak nam pracy i cierpimy głód! Cała niedola to ich dzieło! Chodźmy do Ekeby!
Ruszyli ponurzy, rozgoryczeni chłopi na Ekeby, za nimi kobiety z dziećmi na rękach, a na koniec kalecy i słabi starcy. Nienawiść ogarnęła starców, przeszła na kobiety, a z nich na silnych mężczyzn w pierwszych szeregach.
Nadciągała powódź jesienna. Wszak pamiętacie kawalerowie, powódź wiosenną? Teraz szła fala z gór niosąc nową klęskę sławie i potędze Ekeby.
Komornik orzący pod lasem posłyszał wściekłe okrzyki tłumu, wyprzągł konia i pognał na nim do Ekeby.
— Nieszczęście idzie! — jął wołać. — Idą niedźwiedzie, wilki, złe duchy idą na Ekeby!
Objechał podwórze przerażony i krzyczał:
— Rozpętały się złe duchy! Idą palić dwór i mordować kawalerów!