Tuż za nim nadpłynął zgiełk i wrzask pędzących tłumów. Szedł na Ekeby zalew jesienny.

Nienawistni napastnicy chcieli w istocie ognia, mordu i plądrowania.

Nie ludzie to szli, ale złe duchy lasu, dzikie zwierzęta pustyni, ciemne potęgi, wyzwolone na chwilę przez zemstę.

To były duchy gór kopiące rudę, duchy lasów rąbiące drzewa i pilnujące mielerzy, duchy pól hodujące ziarno. Wyzwoliły się i chciały użyć swych sił do niszczenia. Śmierć Ekeby! Śmierć kawalerom!

Tu płynie wódka strumieniem, tu pełne piwnice złota, a spiżarnie i spichrze pełne zboża i mięsa. Czemuż sprawiedliwi mają głodować, a występni opływają we wszystko?

Dość tego, przebrała się miara! Wy, lilie polne, nie przędące nigdy, i ptaki niebieskie, nie zbierające ziarna do gumien, przebrała się miara! Sąd wydała ta, która leży w lesie, my jesteśmy jeno jej wysłańcami! Nie urzędnik, nie sędzia wydał wyrok, jeno dziewczyna w lesie, obłąkana!

Stojąc przed głównym budynkiem czekali kawalerowie i wiedzieli już, o co są oskarżeni. Tym razem naprawdę nie poczuwali się do winy. Biedna szalona nie dlatego poszła w las, że ją poszczuli psami, to nie było prawdą, ale dlatego, że Gösta Berling poślubił przed tygodniem hrabinę Elżbietę.

Na cóż się jednak zdało mówić do rozszalałych? Byli zmęczeni, głodni, podnieceni zemstą i żądzą rabunku. Pędzili, a przed nimi gnał na koniu bezprzytomny ze strachu komornik z krzykiem:

— Idą niedźwiedzie, wilki, złe duchy na Ekeby!

Kawalerowie ukryli hrabinę w odległym pokoju pod strażą Löwenborga i wuja Eberharda, sami zaś wyszli do tłumu. Stanęli na schodach budynku głównego bezbronni, uśmiechnięci i tak przyjęli pierwsze szeregi.