Jeden po drugim żegnał się życząc dobrej nocy. Byli znowu obłaskawieni jak rano, w chwili opuszczania domów, zanim głód i żądza zemsty uczyniły ich dzikimi zwierzętami.
Spoglądali hrabinie prosto w twarz, a Gösta dostrzegł łzy w oczach niejednego, wywołane niewinnym i skupionym wyrazem twarzy hrabiny. Cenili przecież szlachetność i cieszyło ich, że ktoś jest tak bardzo dobry.
Nie wszyscy mogli jej podać ręce, było ich bowiem mnóstwo, a ona słaba i wyczerpana. Każdy jednak podszedł, spojrzał na nią i uścisnął dłoń Gösty, któremu ledwie sił starczyło na to potrząsanie prawicą.
Gösta stał jakby w zachwyceniu. W sercu jego zapłonęła tej nocy miłość nowa.
„O, jakże cię kocham, ludu mój!” — pomyślał.
Uczuł, że kocha tę rzeszę wracającą w ciemnościach nocy ze zmarłą na czele pochodu, że kocha tych szaro odzianych ludzi w cuchnących chodakach, co mieszkają pod lasem, nie umieją pisać ni czytać nieraz, a nie domyślając się nawet pełni i bogactwa życia, znają jeno troskę o chleb powszedni.
Był to lud wielki, wspaniały, mężny, wytrwały, wesoły, pracowity, zręczny i przedsiębiorczy. Nieraz biedak czynił dobrze biedakowi, a twarze przeważnej liczby świadczyły o sile i inteligencji, ze słów zaś tryskał jurny humor.
Kochał ich z czułością, która wyciskała mu łzy z oczu, nie wiedział, co dla nich uczyni, ale kochał ich razem z błędami i wadami, pragnąc, by go kiedyś także pokochali.
Zbudził się z marzeń pod dotknięciem ręki żony. Tłum znikł, byli teraz sami na tarasie.
— Ach, Gösto! — powiedziała. — Jakże mogłeś to powiedzieć?