Podniósł flaszkę ponownie do ust, ale rzuciła mu się na szyję, prosiła i płakała, przeto przestał pić, ale za to wybuchnął szaleńczym śmiechem.

— Weź ją sobie, weź! — krzyknął potem, wstał i kopnął stołek. — Dobranoc, Olo Bengsta! Przebaczcie, że już odchodzę. Muszę się udać tam, gdzie mi nikt nie będzie przeszkadzał pić!

Poszedł ku furtce, a żona za nim.

Gdy przy niej stanęli, odepchnął ją od siebie, aż się zatoczyła i wrzasnął:

— Precz ode mnie! Dostałem ostrzeżenie. Idę na zatratę!

Noc letnia

W dniu, kiedy odbywała się uczta u Oli Bengsta, Jan siedział w domu i dopiero wieczorem wyszedł i usiadł swoim zwyczajem na kamiennych schodach przed drzwiami.

Nie był, co prawda, chory, ale czuł się słaby i znużony. W izbie nagrzanej silnie słońcem przez cały dzień panował straszliwy zaduch, chciał tedy zaczerpnąć świeżego powietrza. Na dworze nie znalazł jednak ochłody, jak to zmiarkował od razu, lecz siedział dalej głównie dlatego, że mógł tu napatrzyć się różnym pięknym rzeczom.

Czerwiec był niezwykle gorący i suchy, toteż zaczęły się pożary lasów, niszcząc w tych okolicach wielkie nieraz przestrzenie. Jan widział wprost przed sobą, ponad grzbietem pasma gór, po drugiej stronie jeziora piękne, blado szafirowe zwały dymu.

Za chwilę ujrzał dalej, ku południowej stronie połyskujący jasno, kędzierzawy pióropusz, a gdy zwrócił oczy ku zachodowi w kierunku Storsnipy, zobaczył tam wznoszące się szare, gęsto płomieniami przetykane obłoki. Zdawało się, że świat cały przepadnie w ogniu.