Z miejsca, gdzie siedział, nie widać było płomieni, ale nieprzyjemnie zrobiło mu się na myśl, że pożar szaleje po lesie i szerzy się bezkarnie. Pocieszał się tym, iż posuwa się jeno linią lasów, nie ogarniając zabudowań, chat i folwarków.
Powietrze duszne było i Jan z trudem chwytał je w piersi. Zdawało mu się, że spaliło się już dużo powietrza i może go całkiem zbraknąć. W regularnych odstępach napływały fale zgorzelizny i odór ten drażnił go w nosie. Dobrze tylko, że nie dolatywał on z bliskiego jakiegoś miejsca w Askadalarnie, ale płynął z daleka, od wielkiego ogniska, pożerającego jedle77, mech i susz w odległości kilkumilowej.
Słońce dawno już zaszło czerwono, zostawiło jednak tyle purpury, że niebo nią było umalowane. Nie tylko od strony zachodniej różowiło się wszystko, ale w czerwień objęło cały widnokrąg, a jednocześnie woda jeziora duwneńskiego stała się czarną płaszczyzną, po której snuły się purpurowe i złote błyski.
Czerwona noc. Nie można nocy takiej myśleć o ziemi, wszystko, co niskie, przestaje istnieć, widzi się tylko niebo i wodę niebo odbijającą.
Jan siedział przed domkiem swym, zapatrzony w przecudny obraz, nagle jednak uczynił pewne spostrzeżenie. Było to złudzenie, niewątpliwie widział rzecz nieistniejącą, ale najwyraźniej zauważył, że sklepienie niebieskie opadło w dół. Oczom jego przynajmniej wydało się dużo bliższym ziemi niż zawsze.
Widział to wyraźnie, nie mógł pojąć, by było prawdą i nie wiedział, w co wierzyć. Wielka, bladoróżowa kopuła opadała coraz to niżej i niżej. Razem z tym ruchem dym i gorąco zwiększały się coraz to bardziej i Jan doznawał wrażenia, że ginie. Czuł już żar, co bił od spadającego i topiącego się z gorąca niebieskiego sklepienia.
Słyszał on dużo o tym, że świat musi zginąć. Najczęściej wyobrażał sobie, że nastąpi to przy waleniu gromów, błyskawicach i grzmotach, oraz trzęsieniu ziemi. Sądził, że góry walić się będą w morze, a fale oceanów zaleją doliny ku wytraceniu wszystkiego, co żyje.
Nigdy jednak nie spodziewał się, by ziemia miała w ten sposób skończyć, zostać pogrzebana pod sklepieniem niebios, a ludzie skonać od dymu i skwaru. Była to śmierć gorsza ponad wszystkie inne.
Odłożył fajkę, chociaż do połowy ją ledwo wykurzył, ale nie ruszał się ze swego miejsca. Cóż bowiem mógł uczynić? Przeciw temu niczym bronić się nie było sposobu, ni miejsca do ucieczki nie stawało. Nie pomogłaby na to broń ni oręż nijaki, ani też kryjówka, w którą by się zaszył. Nawet ten, który by mocen był opróżnić wszystkie jeziora i morza dla ugaszenia płomienia niebieskiej kopuły nie dokazałby tego cudu. Gdyby wyrwać góry ze ziemi, spiętrzyć jedne na drugich: uczynić z nich słupy dla podparcia, nie utrzymałyby niezmiernego ciężaru spadającego sklepienia świata i w pył by się rozpaść musiały.
Jedno tylko dziwne było wielce. Zda się, prócz niego nikt wokół nie zauważył wcale, co się dzieje, nikt się nie zaniepokoił.