— Ola Bengsta nie miał nigdy powodu bać się spotkania z Karolem Karlsonem i póki się spotykali, było pół biedy!

Potem zwrócił się znów do stołu i zaczął czytać to, co było napisane na papierze.

Zebrani doznali ogromnej ulgi, a nawet ogarnęła ich radość. Wszakże w głosie posła przebijało coś, co przy dobrej woli można było wziąć za życzliwość... ba... niektórym zdało się, że kąciki ust posła zadrgały uśmiechem.

Przeczytawszy, poseł rzekł:

— Sprawa ma się tak. Przed kilku dniami dostałem list podpisany przez Klarę Finę Gulleborgę, córkę Jana Andersona ze Skrołyki, w którym to liście donosi mi ona, że przed trzema miesiącami wyjechała z domu, by zarobić dwieście talarów, które rodzice jej mają w dniu pierwszego października zapłacić Larsowi Gunnarsonowi za prawo własności gruntu, na którym stoi ich dom...

Tu zrobił poseł pauzę, by obecni mogli lepiej zrozumieć jego słowa.

— Następnego dnia — ciągnął dalej — otrzymałem pieniądze, z prośbą, bym się sam udał do Askadalarny i sprawę załatwił z właścicielem w ten sposób, by rodzice nigdy już nie byli niepokojeni w swych prawach własności. To bardzo rozsądna dziewczyna! — pochwalił poseł, podnosząc w górę list. — Zwróciła się od razu wprost do mnie! Gdyby tak czynili wszyscy, lepiej by się działo w tej gminie!

Zanim skończył mówić, Jan usiadł na krawędzi łóżka i spytał:

— Co się dzieje z dziewczyną? Gdzie jest?

— A teraz zapytuję rodziców — kończył poseł — czy godzą się na życzenie córki i czy chcą, bym zawarł umowę kupna...