I byłoby się niezawodnie tak stało, gdyby nie to, że pewnego dnia przyszedł stary sieciarz Ola z zapytaniem, co słychać i został zaproszony na kawę.

Był zazwyczaj małomówny, jak wszyscy, których myśli bujają daleko i dlatego nie dostrzegają, co się wokoło nich dzieje. Kiedy jednak kawa została podaną i Ola część jej zlał na spodek, by przestygła, uznał za swój obowiązek powiedzieć coś.

— Zdaje mi się, że właśnie dziś powinien nadejść list od Klary! Mam takie przeczucie.

— Dopiero przed dwoma tygodniami, pisząc do posła Karlsona, zamieściła dla nas pozdrowienie! — zauważyła Katarzyna.

Starzec podmuchał na kawę z wielką uwagą, potem zaś czując, że milczy za długo, postanowił rzec parę słów.

— Mogło ją spotkać coś pomyślnego, o czym zechce donieść! — powiedział.

— Cóż by ją mogło takiego spotkać? — zdziwiła się Katarzyna. — Temu kto zapracowuje się w służbie dni mijają bez żadnej uciechy.

Ola odgryzł kawałeczek cukru, a potem wielkimi, powolnymi haustami wypił kawę ze spodka. Gdy skończył, zapadła w izbie ponownie długa, wprost przykra i niesamowita cisza.

— Mogła kogoś przypadkiem spotkać na ulicy! — powiedział nagle starzec i wpatrzył się przygasłymi oczyma w podłogę. Trudno było przypuścić, że zdaje sobie sprawę z tego, co mówił.

Katarzyna nie uznała tej uwagi za godną odpowiedzi i w milczeniu nalała mu drugą filiżankę kawy.