— Wszakże możemy przypuścić — ozwał się znowu Ola — iż owa pani, którą Klara Gulla spotkała na ulicy, była w podeszłym wieku, słaba na nogi i że potknęła się właśnie w tej chwili, kiedy ją mijała Klara Gulla.

Starzec mówił bezprzytomnie, coraz bardziej nieprzytomnie.

— Nie byłoby to wcale tak ważne, by aż pisać o tym! — odrzekła Katarzyna z niechęcią, bo zaczynał ją gniewać upór starego Oli, z którym wracał do jednego tematu.

— Przypuśćmy jednak — podjął znowu — że Klara Gulla podtrzymała ową damę, albo ją podniosła i że staruszka tak była uradowana, iż otworzyła pulares i dała Klarze od razu banknot dziesięciokoronowy? Czyż nie była to rzecz przyjemna, o czym warto pisać?

— Zapewne! — odrzekła Katarzyna. — Ale to nieprawda. Siedzicie tylko i coś się wam marzy.

— Jak długo jeszcze można siedzieć i wyprawiać sobie uczty z myśli, tak długo wszystko dobrze! — powiedział starzec, chcąc się usprawiedliwić. — Potrawy takie smaczniejsze są od rzeczywistych!

— Macie doświadczenie w jednym i drugim! — odparła Katarzyna.

W chwilę potem pożegnał się stary Ola i poszedł do domu, a Katarzyna przestała myśleć o tym, co mówił.

Jan również uważał zrazu wszystko za pustą gadaninę. Ale leżąc bezczynnie na łóżku, zaczął rozmyślać i zadał sobie pytanie, czy przypadkiem nie tkwi w tych słowach jakiś sens głębszy.

Ola mówił o liście w sposób niezwykły i tajemniczy. Zresztą czyż mógł zmyślić sobie tę całą długą historię po to tylko, by coś mówić przy kawie? A może coś wie? A może dostał naprawdę list od Klary Gulli?