— Lizo — powiedział po chwili — nie wiem, co myślał Jan, mówiąc, żem go uzdrowił? Nie przypuszcza chyba, żem to naprawdę...
Klejnoty rodzinne
Pewnego wieczoru jesiennego Jan wracał z Falli do domu po całym dniu spędzonym w kieracie folwarcznym. Odzyskał ochotę do pracy po rozmowie ze starym Olą. Przyszedł do przekonania, że ma się jąć roboty, nie chcąc całkiem opaść z sił, a nie chciał także, by córka, gdy powróci, zastała rodziców w nędzy i opuszczeniu.
Jan oddalił się już na tyle od Falli, że nie można go było dostrzec z okien dworku Larsa i w tejże chwili spostrzegł idącą wprost ku niemu kobietę. Zmierzch już spadł gęsty, ale Jan poznał, że jest to gospodyni z Falli, nie żona Larsa, ale prawdziwa gospodyni, stara Erykowa.
Okryta była wielką chustką spływającą aż do kostek i Jan zdziwił się, albowiem nie zauważył dotąd, by się ubierała tak ciepło i przyszło mu na myśl, że może zachorzała nagle. W samej rzeczy zmizerniała w ostatnich czasach bardzo. W dniu, kiedy to przydarzył się tragiczny wypadek z Erykiem, nie miała jednego siwego włosa na głowie, teraz zaś, w niespełna pół roku nie sposób było uświadczyć jednego czarnego.
Zatrzymała się, pozdrowiła Jana i zaczęli rozmawiać. Nie powiedziała wprawdzie, że wyszła po to jeno, by się z nim spotkać, ale czuł dobrze, że tak w istocie było. Zaraz przyszło mu na myśl, że zacznie mu opowiadać o Klarze Gulli i zdziwił się niemało słysząc, że zaczyna o czymś zgoła innym.
— Powiedzcież mi Janie — rzekła — czy przypominacie sobie dawnego właściciela Falli, ojca mego, który posiadał folwark przedtem, zanim przeszedł na Eryka?
— Naturalnie — odparł — pamiętam go dobrze! Miałem około dwunastu lat, kiedy zmarł.
— Dostał dobrego zięcia, prawda? — powiedziała gospodyni.
— Tak, tak... — potwierdził — bardzo dobrego!